czwartek, 12 styczeń 2012 07:01

Konstrukcja europejskiego zjednoczenia: mity i fakty

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

cranegeopolityka autor prof. Vladimir Caller y Salas

W pewnym sensie, początkowo projekt europejskiego zjednoczenia był przedłużeniem planu Marshalla, w którym nie było nic „pacyfistycznego”. Od samego początku pobudką tego planu było dążenie do rozpadu narodów na rzecz stworzenia jednego, wielkiego, ponadnarodowego państwa.

Jeżeli marksistowski żargon nadal obowiązywałby w politycznych przemówieniach, można by powiedzieć, że europejski scenariusz, którym żyjemy już od dłuższego czasu, powinien doprowadzić rewolucji. Pozostajemy sceptyczni i a nasze siły polityczne okazują wielką słabość sił, zamiast przeciwstawiać się atakom europejskiej burżuazji, która między majsterkowaniem a kolejnym szczytem sama już nie wie co zrobić, aby uniknąć zatonięcia, improwizując niezwykle brutalne „rozwiązania”.

„W momencie, gdy kapitalizm doświadcza najpoważniejszego kryzysu od lat 30, główne partie lewicowe milczą, zażenowane. W najlepszym wypadku obiecują naprawić system (…) Jednak ile czasu może trwać ta zablokowana gra polityczna, podczas gdy gniew społeczny rośnie ?” – pyta Serge Halimi, redaktor naczelny miesięcznika Le Monde Diplomatique [1] na pierwszych stronach tej gazety. Tym samy podziela zaskoczenie Mervyna Kinga, prezesa centralnego banku Wielkiej Brytanii, który niedawno stwierdził na łamach dużego brytyjskiego dziennika : „Jestem bardzo zdziwiony, że gniew ludzi nie jest większy. Odpowiedzialność za wydanie miliardów na wydobycie banków z trudności finansowych oraz za podjęcie decyzji o cięciach budżetowych ponosi sektor usług finansowych… Tymczasem osoby, które nie są odpowiedzialne za kryzys, ponoszą koszty” [2].

Jak w takim razie wytłumaczyć brak konkretnej reakcji europejskiej skrajnej lewicy w obliczu tak zdefiniowanego ataku? Ataku gospodarczego, który nie tylko dotyka materialne warunki życia społeczeństwa, ale również pozostałych dziedzin kulturowej i demokratycznej tożsamości narodów, które tworzą normy suwerenności, niepodległości narodowej oraz przestrzegania podstawowych zasad życia, zgodnego z duchem demokracji.

Podzielam zaskoczenie angielskiego szefa banku oraz dziennikarza Le Monde Diplomatique, który z wyprzedzeniem nakreśla w swoim artykule zarys wyraźnego zmniejszenia się roli skrajnej lewicy (marksizmu) w europejskim życiu politycznym, przede wszystkim w takich krajach jak Włochy, Hiszpania i Francja, w których właśnie ta lewica dawniej wyznaczała kierunki wielkich konfliktów społecznych.

Po pierwsze brak konkretnej reakcji europejskiej lewicy można wytłumaczyć jej przegraną w ideologicznej i kulturowej walce politycznej, określanej przez Gramsciego, jako podstawowy scenariusz, w którym klasy społeczne igrają ze swoim potencjałem hegemonii. Przegrana ta przekłada się na zaniechania i pobłażliwość. Europejska lewica przejęła doktrynę praw człowieka, jako kryterium określające stanowiska polityczne, a także przyczynienie się do sytuacji, w której Europejczycy popierają zachowania o charakterze przestępczym i neokolonialnym – dziś atak na Libię, wczoraj – na Wybrzeże Kości Słoniowej, przedwczoraj – na Jugosławię, a jutro – na Iran, Syrię lub Białoruś. Wszystkie te akcje skrywa się pod pretekstem humanitarnym, które są jednak niczym więcej, jak poświadczonym zamachem na fundamentalne zasady prawa międzynarodowego prawa, o którym mówi doktryna „odpowiedzialności za ochronę" [3] [Responsibility to protect – przyp red.].

Po drugie, brak reakcji europejskiej lewicy wyrażany jest również przez stopniowe odchodzenie od tematyki walki społecznej i zastąpienie jej zagadnieniami dotyczącymi społeczeństwa. Takie kwestie, jak walka z rasizmem, dyskryminacja wobec nielegalnych imigrantów, walka o prawa mniejszości seksualnych lub walka ekologów lub spadek rozwoju gospodarczego, przyciągają w większym stopniu uwagę lewicy we Francji. Często towarzyszą jej siły polityczne, stojące wcześniej po przeciwnej stronie barykady. Nie przez przypadek gazeta Libération, należąca do najbardziej proatlantyckich na całym europejskim obszarze frankofońskim, stała się głównym wyrazicielem uczestników wydarzeń 1968 roku we Francji oraz walki o postęp [4]. Oczywiście podstawowa zasada myśli lewicowej może być jedynie przychylna tym dążeniom, może jedynie zwalczać bez zastrzeżeń wszelką dyskryminację pod warunkiem sine qua non, że zajmie się ich problemami od podstaw. Dosadnie brzmią słowa Waltera Michaelsa, który dokonuje polityczno-kulturowego podsumowania naszej epoki; za każdym razem ludzie przywiązują się coraz bardziej do liberalnego modelu sprawiedliwości, w którym dyskryminacja (rasizm, seksizm, homofobia, itd.) są najgorszym złem. Otóż konflikty te nie przeszkadzają systemowi, ponieważ: „kapitalizm nie wymaga dyskryminacji. Kapitalizm dąży do osiągnięcia korzyści. I mimo że niektórzy jego zwolennicy są rasistami, seksistami i homofobami, kapitalizm sam w sobie nie zachęca do takich postaw. Zatem ciągłe promowanie różnorodności oraz świętowanie „kulturowej tożsamości” pozwala co najwyżej rozróżnić kolor skóry, płeć lub orientację seksualną rządzących” [5].

Ponadto milczenie europejskiej lewicy przejawia się przede wszystkim w fakcie, iż znaczna jej część przekonana jest, że projekt zjednoczenia Europy posiadał postępowe tło, gdyż zakładał odrzucenie „nacjonalizmów”. Opierał się również na wierze, że poprowadzi europejskie narody w kierunku ponadnarodowego braterstwa. W efekcie lewica wpadła w pułapkę europejskiej konstrukcji. Jednakże, gdy ta proeuropejska lewica poznała rzeczywiste tło tego projektu, jej sen trwał nadal – francuska lewica zaproponowała „reformę” tej konstrukcji, budowę „drugiej Europy”. Przypominało to w efekcie trochę pomysł budowy „drugiego NATO” lub „drugiego MFW” [6].

W ten sposób, w samym środku finansowej klęski, kiedy wszystko wskazuje, że jesteśmy świadkami rozpoczynającego się kresu waluty euro, na placu boju pozostała już tylko Marine le Pen, francuski gaulista Nicolas Dupont Aignan, oraz kilku, cieszących się poważaniem, lewicowych ekonomistów i socjologów, którzy opowiadają się za całkowitym lub częściowym zniesieniem wspólnej waluty. Żaden z nich (Todd, Sapir, Lordon…) nie uważa się za zwolennika marksizmu. Zatem waluta euro wkrótce zniknie, prawdopodobnie pociągając za sobą w całości konstrukcję europejską, a marksistowska lewica zostanie bezgłośnie pogrzebana i będzie zmuszona zadowolić się rozważaniami post mortem [7].

Pochodzenie i przeznaczenie Europy

Aby choć trochę zrozumieć tę europejską iluzję, należy wziąć pod uwagę jedno z największych „kłamstw”, nieustannie rozpowszechnianych przez łączników europejskiego projektu – stwierdzenie, że europejski projekt został pierwotnie stworzony w celach pokojowych, a motywacją jego inicjatorów było przekształcenie europejskiego kontynentu w przystań pokoju, czyli skrajne przeciwieństwo jego wojowniczej przeszłości. Idąc w tym duchu, proeuropejscy propagandziści tłumaczą, że od momentu podpisania Traktatu Rzymskiego kraje europejskie „nie doświadczyły wojny”. Dalej fałszywe tezy o konstrukcji konstrukcję są rozpowszechniane przez funkcjonariuszy z Brukseli lub przez siły polityczne w celu zatajenia prawdziwych przyczyn – od samego początku europejski projekt był starannie i merkantylnie opatrzony w pokojowe przemówienia, aby ukryć prawdziwe powody jego utworzenia. Problem w tym, że tak systematycznie powtarzana wersja, przekonała dużą liczbę lewicowców. Tym samym, w kontekście dyskusji wokół Traktatu Lizbońskiego, grupa lewicowych bojowników wzywała nie tylko o ujawnienia treści traktatu, ale również do ogłoszenia, iż został on narzucony w sposób niedemokratyczny [8]. Stwierdzenie to było dość trafne, ale zapoczątkowało poparcie dla pokojowego mitu o europejskim projekcie: „Po zakończeniu wojny, projekt europejskiej konstrukcji narodził się z chęci zjednoczenia losów państw, które tak często prowadziły ze sobą wojny... (...). W związku z upadkiem Muru Berlińskiego oraz wzrostu agresywności imperializmu w Waszyngtonie, Europa uchodziła „w oczach” lewicy, jako ‘przeciw-projekt’ opierający się na współpracy z Południem oraz na porzuceniu neoliberalizmu” [9].

Pokojowy mit, wspólne korzenie z konstrukcją europejską

Otóż prawdziwy charakter projektu europejskiej konstrukcji jest zupełnie inny. Projekt ten nie czekał na „zakończenie wojny”, aby zaistnieć. Pod względem gospodarczym, rozpoczął się już podczas II wojny światowej, dzięki zapoczątkowaniu współpracy między dużymi przedsiębiorstwami niemieckiego przemysłu metalurgicznego i chemicznego (grupa Bayer, Krupp, BASF) z ich francuskimi partnerami (grupa Schneider i Wendel). Grupa Wendel, własność rodziny o tym samym nazwisku, której obecnym szefem jest baron Ernest Antoine de Seillière, (były szef MEDEF-u [Ruch Przedsiębiorstw Francji – przyp. tłum.], aktualnie szef europejskiej federacji pracodawców), przyczyniła się do utworzenia tzw. „Comité de Forges” [„Komisji Hutniczej”], jednostki koordynującej gospodarcze i polityczne interesy producentów metalurgicznych.

Pod względem politycznym, komitet ten dążył w okresie przedwojennym do wspierania polityki ustępstw i kompromisów wobec Adolfa Hitlera (m.in. promując i popierając układy monachijskie). Członkowie komitetu, wierni swoim poglądom (oraz interesom), popierali (już podczas wojny) kolaboracyjny reżim marszałka Petaina [10], rozwijając jednocześnie współpracę między poszczególnymi grupami przemysłowymi, a nawet wywierając wpływ na strategie wojskowe (niemieckie lotnictwo starannie unikało bombardowania centrów produkcji, związanych z tymi grupami i położonymi na terytorium Francji [11]). Następnie te same siły gospodarcze i polityczne naciskały, aby okupant niemiecki uwolnił ich partnerów, popierając zarazem jego politykę zbrojeniową. Poza tym, jednym z ukrytych celów europejskiej konstrukcji oraz pierwszych umów Europejskiej Wspólnoty Węgla i Stali i wspólnego rynku było przygotowanie Niemiec do wielkiego powrotu na arenę europejską i światową pod względem gospodarczym, politycznym i wojskowym (NATO kształtowało się), mając na celu przygotowanie się do konfrontacji z ZSRR oraz z rodzącym się socjalistycznym obozem.

Te bardzo bliskie relacje nie tylko między niemieckimi i francuskimi przedsiębiorcami, ale również włoskimi oraz z krajów Beneluksu, połączone z opinią, że od tej chwili należy liczyć się ze zwycięskim a zarazem niebezpiecznym pod względem wojskowym Związkiem Radzieckim, przekonały europejskie bractwo przedsiębiorców, że w przyszłości będą mogli zarabiać nie tylko na wojnie, lecz też na porozumieniu współpracy i wspólnocie interesów handlowych, obecnie nazwanych elegancko „wspólnotą europejską”. Dlatego też wybór pokoju na terenie Europy był spowodowany bardziej korzyściami finansowymi, a nie umiłowaniem do pokoju[12]. W ten sam sposób, ta sama burżuazja, wywołała gdzie indziej wojny, czerpiąc jednocześnie z nich korzyści – w Korei, podczas kryzysu sueskiego, w Indochinach...

Europa jako przeciwwaga dla USA?

Mentorzy europejskiego projektu, mimo że powstał on pod amerykańskim protektoratem, nie wzięli pod uwagę, że może on odegrać ważną rolę wobec Stanów Zjednoczonych. Zatem nie jest przesadnym stwierdzenie, że w dużej mierze ta wspólnotowa Europa była amerykańskim tworem. Ambrose Evans, dziennikarz i redaktor naczelny angielskiego dziennika The Daily Telegraph, ujawnił niedawno, w tekście stworzonym na podstawie odtajnionych archiwów amerykańskich, w jaki sposób amerykański rząd czynnie interweniował w finansowanie oraz polityczne ukierunkowanie ruchów zaangażowanych w proces tworzenia konstrukcji europejskiej [13]. W ten sposób dowiedzieliśmy się, że Alain Dulles (były dyrektor CIA) był również wiceprzewodniczącym komitetu ACUE (American Committee for a United Europe) [Amerykański Komitet za Zjednoczoną Europą – przyp. tłum.], stworzonego w 1948 roku, którego przewodniczącym został William J. Donovan – ówczesny szef amerykańskiego Biura Służb Strategicznych Ministerstwa Obrony (organizacja prekursorska CIA). Wyżej wspomniane archiwalne dokumenty ukazują kulisy powstania i działania m.in. słynnego Ruchu Europejskiego (RE), pod przewodnictwem barona Boela (pierwszym przewodniczącym tego ruchu był Winston Churchill), a także Europejskiej Kampanii Młodzieżowej, finansowanej bezpośrednio przez ACUE [14]; podobnie jak Komitetu, działania na rzecz Międzynarodowej Wspólnoty Europejskiej – ramienia Ruchu Europejskiego pod przewodnictwem Paula Henriego Spaaka. Nadgorliwość Stanów Zjednoczonych, w celu zachowania całkowitej kontroli nad RE została zilustrowana, wg Evansa, przez pewne wydarzenie –w momencie, gdy jeden z przewodniczących tego ruchu zorganizował kampanię w celu pozyskania funduszy spoza USA, został surowo skarcony przez Waszyngton i musiał się wycofać. Należy również wspomnieć, iż w tych dokumentach archiwalnych znaleziono notatkę ACUE z 11 czerwca 1965 roku, skierowaną do Roberta Marjolina, ówczesnego wiceprzewodniczącego Komisji Europejskiej, nakazującą mu dyskretne kontynuowanie procesu… unii walutowej.

Nie trzeba jednak szukać tak głęboko, aby dowieść istnienia amerykańskiego patronatu nad konstrukcją europejską. Wystarczy przeczytać tytuł pierwszej strony archiwalnego numeru dziennika Le Soir z 28 lutego 1953 roku: „Na drodze europejskiego zjednoczenia: Waszyngton z zadowoleniem oświadcza postępy dokonane w Rzymie” i jego podtytuł: „Postęp ten zawdzięczamy interwencji Fostera Dullesa [15]. Kongres pragnie bardziej namacalnych osiągnięć”. W dodatku artykuł ten określa postępy dokonane w procesie ratyfikacji protokołów traktatu europejskiego, jako „bezpośrednie następstwo misji Dullesa w Europie”, a ponadto uściśla, że Waszyngton szczególnie nalega, aby zakończyć ten proces pozytywnie, tym bardziej, że generał de Gaulle nie wykazuje naglącej postawy (depesza wspomina, że ostatnie przemówienie generała było, jak „zimny prysznic”). W treści tekstu dziennikarz Le Soir komentuje: „Nie ma w tym wszystkim nic nowego. Amerykanom zawsze śpieszno, aby Niemcy uczestniczyły w obronie Europy, bez względu to, jak to powiemy, i jeśli dobrze rozumiemy wahania Francji, jesteśmy sceptyczni w związku z tym, co niektórzy nazywają brakiem konsekwencji ze strony Francji”. Następnie, tuż po przychylnych życzeniach, złożonych amerykańskiej dyplomacji w związku z jej europejskimi działaniami, korespondent dorzuca uwagę charakterystyczną dla tej epoki, w której dziennikarz mógł jeszcze dorzucić swoje osobiste odczucie: „Zwykłemu obserwatorowi trudno jest odróżnić szczerość od szantażu w tych zwrotach, które tak często są nam powtarzane”.

Skąd wzięła się ta nadgorliwość Amerykanów? Skąd to przywiązanie do uczestnictwa Niemców w wojskowych planach organizacyjnych, będących w trakcie przygotowań do wprowadzenia w życie Europejskiej Wspólnoty Obronnej (EWO)?

Otóż po porażce III Rzeszy (a nawet dużo wcześniej), amerykański rząd, który przy współudziale Watykanu, odgrywał ważną rolę w polityce „recyklingu” nazistowskiej służby, dążył do wspierania niemieckiej remilitaryzacji, naruszając tym samym powojenne porozumienia. Aby to osiągnąć, potrzebował cennego wsparcia Jeana Moneta, jednego z „pokojowych” ojców Europy. Z drugiej strony, te same powody tłumaczyły niechęć generała de Gaulle’a oraz szczery sprzeciw Komunistycznej Partii Francji i Powszechnej Konfederacji Pracy CGT. Szeroki i coraz bardziej zdecydowany ich opór spowodował, że „pro-euro-atlantyści” byli zmuszeni do przyspieszenia przebiegu spraw. Stąd też osobiste zaangażowanie sekretarza stanu, Dullesa. Ważne jest również, że w projekcie USA/Monnet (naprawdę bardzo trudno rozróżnić te dwa podejścia) EWO miała, razem z Europejską Wspólnotą Węgla i Stali, utworzyć Europejską Wspólnotę Polityczną – coś w stylu przedpremierowej wersji dzisiejszej Unii Europejskiej. Inaczej mówiąc, europejskie „narodziny” (lub przedwczesne narodziny) od samego początku miały wojskowy cel (na długo przed wszelką np. wspólną polityką rolną). Perspektywa ta nie powiodła się z powodu zdecydowanego sprzeciwu sił ówczesnej lewicy marksistowskiej, która w sierpniu 1954 roku odrzuciła projekt znaczną większością głosów, w historycznym głosowaniu francuskiej Izby Deputowanych.

Zatem przypisanie pacyfistycznego podłoża projektowi, który od samego początku był jedynie olbrzymią operacją biznesową między wielkimi francuskimi a niemieckimi przedsiębiorcami z branży metalurgicznej, było czymś więcej niż pomyłką. To poważny błąd polityczny, który mógłby spowodować dezorientację u osób zaangażowanych w polityczną walkę. Mogły one nie wiedzieć, w jaki sposób jak rozumieć fakt, że przeciwstawiają się one działaniom pochodzącym z projektu życzliwie wspieranego lub przyjętego przez ich własnych przywódców. Tym bardziej, że projekt ten nie posiadał pokojowych podwalin, a w dodatku był częścią strategii przeznaczonej zagwarantowaniu remilitaryzacji Niemiec w perspektywie przyszłej konfrontacji z ZSRR. To właśnie dzięki wprowadzeniu w życie tej perspektywy Niemcy przystąpiły do NATO 6 maja 1955 roku – oczywiście z błogosławieństwem pokojowo nastawionych „ojców” Europy.

Zasady pokojowej polityki w Unii Europejskiej: instrukcja obsługi

Mamy tu do czynienia z konfrontacją faktów. Jedna z najbardziej wyniszczających wojen w drugiej połowie XX wieku miała miejsce w Europie i skupiła się wokół rozbioru Jugosławii. W konflikcie tym udział europejskich władz był przeważający. Jak to się często zdarza, łatwiej jest oskarżać Serbów i demonizować prezydenta Miloszevicia w celu zatarcia politycznych zobowiązań, które spowodowały narodziny tego konfliktu. Zobowiązania te były bliskie w dodatku procesowi tworzenia konstrukcji europejskiej. Zatem zapominamy, że niemiecki rząd, kierowany przez kanclerza Helmuta Kohla oraz ministra spraw zagranicznych Hansa Ditricha Genschera, zaangażował się całkowicie w politykę polegającą na stymulowaniu brutalnego oddzielenia republik jugosłowiańskich, przede wszystkim Chorwacji i Słowenii, które doświadczyły wcześniej silnych, germańskich wpływów. Podczas gdy niemiecki rząd odmawiał wszelkiego dialogu z Belgradem, czy z Brukselą w sprawie tych dwóch republik, jednocześnie finansował oraz uzbrajał separatystów z Wyzwoleńczej Armii Kosowa. Początkowo władze Wspólnot Europejskich oraz krajów, takich jak Anglia i Francja, starały się przeciwstawiać niemieckiej polityce. Wkrótce jednak zrezygnowały ze wszelkiego sprzeciwu wobec partnera niezbędnego do kontynuacji europejskiego projektu, zwłaszcza, że stworzenie wspólnej waluty miało się urzeczywistnić podczas zbliżającego się szczytu w Maastricht. W związku z tym Bonn sprowokował wydanie decyzji o uznaniu separatyzmu i dał sygnał do rozpoczęcia rozpadu Jugosławii. W ten sposób jugosłowiańska jedność stała się uboczną ofiarą jedności walutowej, co zostało potwierdzone przez Elizabeth Guigou, byłą minister spraw europejskich w rządzie Mitterranda, w wywiadzie przeprowadzonym dla czasopisma Le Nouvel Observateur. Opowiedziała ona, jak francuski prezydent „wynegocjował” u kanclerza Kohla, by francuska dyplomacja więcej „nie stawała na przeszkodzie” niemieckiemu rządowi, w zamian za wyraźne oświadczenie o rezygnacji z marki niemieckiej. To wszystko działo się w zastraszającym pośpiechu: 21 grudnia 1991 roku Chorwacja i Słowenia zostały jednostronnie uznane przez Niemcy, podobnie jak 15 stycznia 1992 roku (zaledwie trzy tygodnie później, wliczając Boże Narodzenie i Nowy Rok) przez Europejską Wspólnotę Gospodarczą, popierającą w ten sposób geopolityczny, germański zamach stanu. W dodatku Bośnia i Hercegowina została wezwana do przeprowadzenia referendum w sprawie samookreślenia się. Trzeba podkreślić, że pośpiech ten miał swoje podłoże: 7 lutego 1992 roku planowane było podpisanie nowego traktatu w Maastricht, tworzącego Unię Europejską i jej wspólną walutę. W ten właśnie sposób, w pewnym sensie, ukształtowała się niemiecka Europa, w której dziś żyjemy, lub raczej, którą dziś znosimy.

W ostatnim czasie wydarzenia na Wybrzeżu Kości Słoniowej oraz w Libii (następstwa do przewidzenia w Syrii) ukazały nam wyraźnie, że pacyfistyczne pobudki Unii Europejskiej są jedynie mitem, pozbawionym jakiejkolwiek podstawy. W przypadku Wybrzeża Kości Słoniowej, działaniom UE towarzyszyła bez zastrzeżeń agresja polityczna, gospodarcza i wojskowa francuskich przedsiębiorców, którzy w jawnym działaniu neokolonialnym obalili wybranego prezydenta i wyznaczyli na jego miejsce biznesmena, sprzyjającego ich interesom. Takie same działanie potwierdziło się w Libii, ale w sposób jeszcze bardziej obsceniczny.

Zniszczyć narody, aby zbudować Europę

Tym samym, w pewnym sensie, projekt europejskiego zjednoczenia był początkowo przedłużeniem planu Marshalla, w którym nie było nic „pacyfistycznego”. Od samego początku pobudką tego planu było dążenie do rozpadu narodów na rzecz stworzenia jednego, wielkiego, ponadnarodowego państwa. Oczywiście proces ten nie mógł być zbyt sugestywny. Biorąc pod uwagę głęboki patriotyzm ludności, powinien odbywać się stopniowo, z zastosowaniem zasad prawa i administracji. Stąd ewolucja treści artykułu 110 założycielskiego Traktatu Rzymskiego (1957) do jego bieżącej formy (Traktat Rzymski/bis 2004); artykuły 156, 157 i 314 idealnie ilustrują nam te zmiany:

Artykuł 110 (1957): „Przez utworzenie między sobą unii celnej Państwa Członkowskie zamierzają przyczynić się (…) do harmonijnego rozwoju handlu światowego, stopniowego zniesienia ograniczeń w handlu międzynarodowym i obniżenia barier celnych”, za pośrednictwem dyspozycji zawartych w trzech poniższych artykułach, zmienionych w 2004 roku w Traktacie Rzymskim stały się w 2004 roku instrumentem, który reguluje dzisiaj przekształcenie gospodarki europejskiej w gospodarkę finansów:

„Artykuł III-156 (Część III)
(…) zakazane są wszelkie ograniczenia w przepływie kapitału i w płatnościach między Państwami Członkowskimi oraz między Państwami Członkowskimi a państwami trzecimi.”
„III-157 Parlament Europejski i Rada dążą do realizacji w możliwie najszerszym zakresie celu swobodnego przepływu kapitału między Państwami Członkowskimi a państwami trzecimi i bez uszczerbku dla innych postanowień Konstytucji.”
„III-314
(…) Unia przyczynia się, we wspólnym interesie, do (…) stopniowego zniesienia ograniczeń w handlu międzynarodowym i w bezpośrednich inwestycjach zagranicznych (…).”

"Mając wolną drogę projekt europejski, pierwotnie przemysłowy/handlowy, powoli dostosowuje się do nowych kierunków globalizacji. Jeżeli dodamy do tego presję nowo zaangażowanych „uczestników” (tzn. krajów rozwijających się), którzy sami przeżywają presję szybkiego uprzemysławiania, ukazuje nam się aktualny scenariusz, gdzie strategie outsourcingu oraz delokalizacji rozprzestrzeniają się coraz bardziej." Ta przymusowa internacjonalizacja, powodująca eksplozję rynku walutowego, doprowadziła do odejścia w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku od parytetu złota, a także ustanowiła system płynnego kursu walutowego – jako elementów niezbędnych dla urzeczywistnienia procesu globalizacji polityki pieniężnej, albowiem sprzyjała zmienności kapitałów. Jeżeli dodamy do tego upadek ZSRR oraz zanik socjalistycznego systemu europejskiego – otrzymamy niezbędne składniki, aby nie tylko zlikwidować wszystko, co pozostało z keynesizmu w zakresie zarządzania polityką społeczno-gospodarczą, ale także zapoczątkować barbarzyństwo dzisiejszych czasów, w których polityka kontrolowana jest przez finanse, a nie przez gospodarkę. Bez pewnej i realnej alternatywy dla kapitalistycznego systemu łatwiej jest uruchomić na całym świecie gwałtowną politykę społecznej regresji, której zasadniczą przesłanką jest wycofanie się państwa w taki sposób, aby usunąć wszelkie przeszkody, stojące na drodze otwarcia rynków. Stąd właśnie „wolna i nieograniczona” konkurencja oraz „drapieżnictwo” ruchomego kapitału na rynkach usług, publicznych robót budowlanych, pracy oraz kapitałowym, które nie są już kontrolowane przez osłabione państwa narodowe. Stąd też wywodzi się zjawisko, w którym w zakresie mikroekonomii stopy zwrotu z kapitału są powiązane z oczekiwaniami zglobalizowanych akcjonariuszy oraz finansowymi, a nie z tradycyjnymi, stosunkami produkcji.

Cały ten proces, bezwzględnie materialny, „naglący i potykający się”, potrzebował akompaniamentu muzycznego, tym razem bezwzględnie „niematerialnego”, kulturowego, filozoficznego, a nawet estetycznego. Ta przesadność w międzynarodowej gospodarce zakłada i wiąże się z nasyceniem logiki rynku w całym życiu społecznym, zwłaszcza w mediach, kulturze, edukacji. Aby ułatwić wdrożenie tego procesu, należało bezzwłocznie sublimować problemy, zachwalać wartość Europy i antynomicznie oczerniać wartość narodu, a także łączyć pojęcie samego narodu z najbardziej reaktywnym nacjonalizmem w celu osłabienia poczucia tożsamości narodowej oraz zniszczyć krajowy „nastrój”, któremu może stawiać opór wielonarodowym projektom.

Oczywiście podejście to jest całkowicie zrozumiałe, jeśli jest wygłaszane przez prawicę, czyli zwolenników (i beneficjentów) finansjeryzacji. Jednak staje się niepojęte w chwili, gdy jest wygłaszane przez lewicę (pewną jej część), która opowiada się za walką i ochroną praw socjalnych, która jednocześnie zapomina, że zostały one uzyskane w ramach istnienia państw narodowych, a do ich niszczenia przyczyniły się (i w dalszym ciągu przyczyniają się) przedsięwzięte środki europejskie, które powodują rozpad tych właśnie państw narodowych. Wydaje się również, że lewica ta zapomina, dlaczego europejski traktat konstytucyjny nie mógł zostać z góry narzucony przez ekspertów światowych finansów. Otóż państwa narodowe, tworzone m.in. przez naród Francji, Holandii, Irlandii, które (jeszcze) istnieją, nie pozwoliły na to. Jeżeli to samo pytanie, dotyczące konstytucji europejskiej zostałoby zadane europejskiemu ponadnarodowi, nie ma wątpliwości, że odpowiedź byłaby przychylna dla Barosso i dla Sarkozy’ego. Fakt, że europejscy, ponadnarodowi przedsiębiorcy mogą narzucać ponadnarodowemu syndykalizmowi antyspołeczne formy działania. Jest to spowodowane ich przeświadczeniem, iż o wiele łatwiej jest zatopić tradycyjny opór syndykalizmu z południowej Afryki w syndykalizmie kompromisów z całej Europy. Ten syndykalizm został doskonale zilustrowany przez Europejską Konfederację Związków Zawodowych (EKZZ), finansowaną m.in. przez Unię Europejską. Jego rolą jest posłuszne towarzyszenie europejskiej odmianie globalizacji [16].

Co się tyczy waluty euro, jej utworzenie nie jest obce temu antynarodowemu projektowi. Nic więc dziwnego, że kiedy w ramach paktu na rzecz euro, październikowy szczyt europejski w Brukseli, pod przewodnictwem pary Sarkozy-Merkel, zadecydował o wprowadzeniu bardzo znaczących środków (np. pozbawienie parlamentów krajowych uprawnień do ustanawiania i omawiania budżetów narodowych), Daniel Cohn-Bendit, wierny swojej roli w wydarzeniach z maja 1968 roku, wykrzyknął: „Jest to historia upadku państwa narodowego”. Ten sztandarowy reprezentant inteligentnego neoliberalizmu, świadomy sytuacji, doskonale zrozumiał główną rolę wspólnej waluty – jej stworzenie miało na celu ułatwienie płynności transakcji (oprócz ogromnego rabunku konsumentów drogą gwałtownego wzrostu cen), lecz także osłabienie tożsamości narodowych, ponieważ narodzinom waluty, ze względów historycznych, towarzyszyła koncepcja suwerenności, a europejskie wojny, od czasów średniowiecza, zawsze miały coś wspólnego z finansami.

Ulotna mądrość socjaldemokracji z przeszłości

Kiedy odkrywamy pewne refleksje wybitnych socjaldemokratycznych postaci w momencie, gdy plany wspólnego rynku były jeszcze w powijakach, jesteśmy oszołomieni ich dokładnością i zdolnością prognozowania. Tym samym były francuski premier Pierre Mendès-France, miał odwagę sprzeciwić się w 1954 roku projektowi Europejskiej Wspólnoty Obronnej oraz Traktatowi Rzymskiemu w 1957 roku, używając słów, które do tej pory budzą zdumienie: „Projekt wspólnego rynku, którego postać została nam przedstawiona, albo raczej w postaci, jaką nam pozwolono poznać, opiera się na klasycznym liberalizmie XIX wieku, według którego podstawowa i prosta konkurencja rozwiązuje problemy. Dziesięć ciężkich lat, tak wiele cierpień, bankructwa i okresowe bezrobocie ukazały nam charakter tej klasycznej teorii rezygnacji” [17].

Niegdyś inny wybitny socjaldemokrata powiadał, że projekt ten nie dość, że nie był europejski, to w dodatku był przeciwko Europie: „Jednym z największych oszust w historii – mówił – było niewątpliwie utożsamianie Europy z konstrukcją powstałą na mocy traktatu podpisanego w Rzymie w 1957 roku, oficjalnie nazwaną «Europejską Wspólnotą Gospodarczą»”, lub też: „Rolą Wspólnego Rynku jest nic innego jak ułatwienie dostosowania europejskich gospodarczych struktur do potrzeb współczesnego kapitalizmu międzynarodowego” [18]. Od tamtej pory Michel Rocard zapewne bardzo się zmienił, ale europejska konstrukcja nie uległa zmianie. Wręcz przeciwnie.

Można więc zaobserwować z przerażeniem, jak doszło do tego, że europejska lewica marksistowska, zawierająca wszystkie trockistowskie elementy oraz byłe główne partie komunistyczne (włoską, hiszpańską, ale przede wszystkim francuską), nie wykorzystały wiedzy socjaldemokratów, przegapiając być może w ten sposób najważniejszą polityczną bitwę, której mogła się podjąć.

Przeciwnicy wzrostu gospodarczego, demokratyzacji, globalizacji...

Niektórzy z tych postępowców angażują się w teorie lub wezwania do regresu ekonomicznego, sądząc, że w ten sposób prowadzą antykapitalistyczną walkę. Z tego powodu prowadzą wojnę z wszystkimi zbędnymi, bezużytecznymi produktami. Otóż kapitalista nie produkuje na darmo, lecz ma na celu osiągnięcie zysków. Problemem nie jest więc produkcja, lecz sam charakter systemu. Nie bez sprzeczności, sympatycy regresu ekonomicznego zapominają, że globalizacja umieściła nas w systemie, w którym gospodarka, najprawdopodobniej po raz pierwszy w historii, zorganizowała niemalże globalny system zintegrowanego rynku. Jaki więc wpływ będzie miał częściowy regres ekonomiczny, jeżeli tak czy inaczej, prywatny konsument krajowego „zbędnego” produktu dostanie na jego miejsce produkt chiński lub brazylijski?

Pytanie to jest tak skomplikowane, że nasi zwolennicy upadku, przesiąknięci ideami europejskimi w większości, sprzeciwiają się, dla zasady polityce protekcjonistycznej i zamknięciu granic. To prowadzi nas do podstawowego pytania: w jaki sposób można być jednocześnie zwolennikiem europejskiej konstrukcji, jak i ekonomicznego regresu? Parodiując nieco Schumpetera, który mówił, że „kapitalizm bez regresu ekonomicznego jest sprzecznością samą w sobie”, możemy powiedzieć dokładnie to samo o europejskim projekcie i jego charakterze.

W kwestii demokracji, ostatnie zmiany rządu w Grecji i we Włoszech, jak i wybory w Hiszpanii, są bardzo pouczające. Zwłaszcza w tym ostatnim państwie ich wyniki dają nam rażący dowód na wielką skalę demonstracji ideologicznego rozpadu europejskich planów politycznych oraz wskazują na zmianę „myśli i słowa”. Po prawdziwej społecznej rzezi, dokonanej przez tchórzliwych, socjalistycznych zwolenników globalizacji, kraj przedwojennej republiki, opierający się frankizmowi, masowo głosuje na zatwardziałych zwolenników i spadkobierców frankizmu. W dodatku, jako głos protestu. W obliczu tych wyników, co również jest bardzo znaczące, tzw. skrajna i „proeuropejska” lewica w tym kraju jest zadowolona, w kontekście tak poważnego kryzysu społecznego, z uzyskanych 7% głosów; prawie dwa razy więcej głosów niż przed kryzysem. Znamię naszych czasów.

Jak komentują niektórzy obserwatorzy – przynajmniej w Hiszpanii odbyły się wybory, w przeciwieństwie do Grecji i Włoch, gdzie rynek finansowy i giełdowy miał jawny wpływ na zmianę rządu. Pytanie dotyczące demokracji zostało więc postawione z powagą przez wielkich demokratów i myślicieli, takich jak Jurgen Habermas, niemiecki filozof proeuropejski. Ten intelektualista, który po swym entuzjastycznym nastawieniu do decyzji z Nicei, zaliczany przez niektórych do marksistowskiego szczepu, pozwolił sobie jednak na pewne zastrzeżenia. Mówił on, że przedsięwzięte środki powinny zostać wprowadzone w sposób nieco bardziej demokratyczny, a także, że opinia publiczna nie może myśleć, że były to elitarne decyzje, podjęte bez żadnego porozumienia, gdyż w przeciwnym razie narazilibyśmy się na przejście do systemu, który Habermas nazywa „post-demokratycznym”.

Według Pascala Perrineau, profesora nauk politycznych w Instytucie Nauk Politycznych w Paryżu, a także dyrektora CEVIPOF (Centrum Nauk Politycznych) w CNRS (Krajowe Centrum Badań Politycznych) zastrzeżenia niemieckiego intelektualisty są bezpodstawne: „Kiedy dokonujemy zwrotu na powolnej ścieżce europejskiej konstrukcji, czy proces, o którym mówi pan Habermas, nie został zainicjowany i wspierany przez zabiegi politycznych i gospodarczych elit, które stworzyły, opracowały i oficjalnie zatwierdziły projekt, aby następnie rozpocząć jego demokratyzację?”. Pascal Perrineau kończy kwestię elitaryzmu opierając się na sondażach opinii publicznej: „Opinia publiczna wydawała się bardziej proeuropejska w momencie, gdy Europa była historią elit, ale bardziej eurosceptyczna, gdy Europa stała się historią ludów”. Oto według francuskiego uniwersyteckiego profesora politologii, instrukcja obsługi politycznej demokracji europejskiej.

Kiedy Habermas wydaje się zakłopotany faktem, że jego ponadnarodowe, europejskie marzenie mogłoby się spełnić bez omówienia wiodących kwestii, Perrineau stara się go uspokoić: „Czy obawa ta nie jest po części uzasadniona, gdy widzimy kwestię europejską, jako temat publicznej debaty lub gdy jest ona wykorzystana do celów wewnętrznych sporów lub umożliwia wszelkiego rodzaju nacjonalistom pojawić się ponowie i połączyć się, aby wspólnie odrzucić Europę i federalny projekt? (...) Referenda z 2005 roku przeprowadzone we Francji i w Holandii, dotyczące europejskiego traktatu konstytucyjnego, miały pod tym względem charakter rewelatorski” [19].

8 listopada Olli Rehn, europejski komisarz ds. gospodarczych i walutowych, wysłał włoskiemu prezydentowi listę zawierającą 39 punktów, które powinny zostać wzięte pod uwagę przy formułowaniu „ustawy stabilności”, przyjmowanej przez ten kraj. „Coś niespotykanego w kraju należącym do UE, który nie korzysta na tym etapie z żadnej pomocy finansowej” – skomentował korespondent francuskiego dziennika Le Monde w Brukseli. Ten sam dziennikarz zdradził reakcję przewodniczącego Rady Europejskiej, Hermana Van Rompuy’a, wobec tych, którzy domagali się przeprowadzenia referendum lub wyborów: „Kraj potrzebuje reform, a nie wyborów” [20].

Istnieje również wielki projekt deglobalizacji, który stał się nagłaśnianym przez media tematem w momencie, gdy kandydat francuskiej Partii Socjalistycznej w prawyborach, Arnaud Montebourg, opublikował swą książkę pt. „Głosujcie na deglobalizację”. Ten polityczny projekt nabrał pewnego ideologicznego zwrotu, gdy został mądrze poruszony przez szereg analityków, zwłaszcza w miesięczniku Le Monde Diplomatique,. To, co jest zaskakujące i co jednocześnie łączy się z duchem tego artykułu, to fakt, że postępowcy są skłonni ponownie zgłębić ten wątek, lecz bez zajmowania stanowiska na temat konkretnych przypadków, które pojawiają się, lub co gorsza, bez odnoszenia się do nich ze względu na „humanitarny” miecz Dameklosa, który zabrania im opowiadania się po jakiejkolwiek stronie. W ten sposób europejscy dziennikarze z antyglobalistycznej lewicy, zajęci zwalczaniem globalizacji, nie wspominają nawet słowem o kraju, który tworzy jedyną europejską cząstkę, nie do końca jeszcze zglobalizowaną. Mam na myśli Białoruś i polityczne nakierunkowanie jej prezydenta Aleksandra Łukaszenki.

Jest to kraj, który posiada ogromne zobowiązania między innymi w oczach Barosso, Obamy i Sarkozy’ego, gdyż grzeszy faktem, że nie nosi się z zamiarem przystąpienia ani do Unii Europejskiej, ani do NATO, a co ważniejsze, stara się zachować szereg znacznych korzyści, pochodzących ze swej radzieckiej przeszłości, wyróżniając się utopijną i biurokratyczną nieugiętością. Tak więc, oprócz bardzo ważnej roli państwa w zarządzaniu gospodarką, w kraju tym chętnie akceptuje się gospodarkę rynkową, w tym udział zagranicznych inwestycji. Problemem (Obamy oraz jego europejskich wykonawców) jest to, że udział ten jest ściśle uzależniony od rygorystycznych ograniczeń w planie finansowym oraz wiążących ustaleń, dotyczących zarządzania w planie społecznym (polityka płac i zatrudnienia, warunki pracy w przedsiębiorstwach). Są to cechy nadające Białorusi kształt, który określiłbym jako „radziecki rynek” oraz które tworzą z tego kraju model nie do zaakceptowania dla zwolenników neoliberalnej myśli.

Model ten jest tym bardziej nie do zniesienia, że mieści w sobie ryzyko „zarażenia” wszystkich byłych krajów radzieckich, które zmagają się z gigantyczną społeczną regresją, i to w czasie gdy ten mały kraj, szczególnie ubogi w zasoby naturalne, bez dostępu do morza, pod stałą agresją UE, Rosji i Waszyngtonu, ośmiela się od kilkunastu lat wykazywać roczny wzrost PKB między 8 i 10% oraz stopę bezrobocia poniżej 2%! Przebywając tam, byłem świadkiem zaskoczenia turystów z krajów bałtyckich, którym ciężko było uwierzyć w różnicę warunków życia, panujących w ich własnych krajach.

Wyjaśnia to, dlaczego prezydent Obama, wygłaszając przemówienie 14 czerwca 2011 roku, w którym ogłosił decyzję o podjęciu nowych środków karnych wobec Białorusi, uznał za konieczne, aby uzasadnić je mówiąc, że ten kraj „stanowił nadzwyczajne zagrożenie bezpieczeństwa i polityki zagranicznej Stanów Zjednoczonych”. Nie mówił o Chinach czy Iranie, lecz o skromnej Białorusi. Dokładnie w tym samym czasie, Unia Europejska podjęła decyzję o nałożeniu na ten kraj nowych sankcji, w tym zamrożeniu aktywów białoruskich przedsiębiorstw oraz zablokowaniu operacji gospodarczych, łącznie z tymi, które zostały już rozpoczęte. Jakby tego było mało, ministrowie spraw zagranicznych, zebrani 20 czerwca w Luksemburgu, posunęli się do tego, aby zaproponować Europejskiemu Bankowi Odbudowy i Rozwoju (EBOiR) zerwanie współpracy z rządem w Mińsku i rozpoczęcie jej bezpośrednio z białoruskim „społeczeństwem obywatelskim”, tzn. z białoruską opozycją. Ta sytuacja to rażące naruszenie suwerenności kraju, która oczywiście nie poruszyła naszej „humanistycznej” lewicy. Ze swojej strony Międzynarodowy Fundusz Walutowy (MFW) zastrzegł udzielenie pożyczki pod warunkiem liberalizacji gospodarki (masowe prywatyzacje) i pod warunkiem zakończenia polityk kontroli cen, „dokładnie to, czego prezydent Białorusi uporczywie odmawia...” – skomentowała francuska dziennikarka Marie Jégo, w rzadkim przypływie obiektywizmu [21].

Obawę tę podziela Rosja, gdzie model Łukaszenki, przez sam fakt istnienia, zawiera w sobie „retrospektywne” kwestionowanie. Sugeruje bowiem, że pierestrojka mogła zaistnieć bez kapitulacji wobec Waszyngtonu, tak jak zrobił to Gorbaczow oraz bez sprzedania kraju oligarchom, tak jak zrobił to Jelcyn w Rosji. Socjalizm mógł być zmodernizowany bez popadania w kapitalistyczne barbarzyństwo. Kwestionowanie to ma ogromne znaczenie w dzisiejszych czasach, ale także i w przyszłości. Do tego można dorzucić arogancję „rosyjskiego niedźwiedzia”, który nie toleruje, aby Białoruś odważnie opierała się apetytowi jego oligarchów, przyciągniętych doskonałymi technologiami opracowanymi u tego nieposkromionego sąsiada. Przykładowo, mając na celu przyciśnięcie Łukaszenki, Rosja zarządziła latem tego roku, za pośrednictwem przedsiębiorstwa InterRao, cięcia w dostawie prądu (12% całkowitego zużycia prądu na Białorusi), powodując poważne zakłócenia, zwłaszcza w rolnictwie. Moskwa uzasadniła wprowadzenie tego ostatecznego środka niespłaconymi długami, lecz nie wzięła pod uwagę, że kryzys zadłużeniowy Białorusi (o wiele łagodniejszy niż te, które znamy) był w dużej mierze wynikiem walutowych operacji dużych rosyjskich grup, mających na celu osłabienie białoruskiego rubla, jego zdolności do wymiany oraz możliwości spłaty zadłużenia.

Czytelnik powinien zadać sobie pytanie: co te wszystkie historie mają wspólnego z deglobalizacją lub z tym, co głoszą jej wybitni rzecznicy? Wystarczy fakt, że prowadzą oni dyskusje o potrzebie pilnej deglobalizacji, na stronach Le Monde Diplomatique lub na stronach innych gazet, lecz zachowują milczenie w przypadku, gdy jedyny europejski kraj, położony blisko nich i jeszcze do końca niezglobalizowany, stawia opór. Chińskie przysłowie mówi, że gdy mędrzec wskazuje głupcowi księżyc, głupiec spogląda na jego palec. Tutaj wszystko wskazuje, że nasi „deglobalizatorzy”, nie odrywając nosów od klawiatury, spoglądają na księżyc jedynie, gdy białoruski palec da im znać.

A co na to wszystko polityczna lewica? Po raz kolejny niesolidaryzująca się z tym krajem, powinna starać się uzasadnić swe zaniechania oraz rzeczywistą zmowę z wrogiem, którą tłumaczy pretekstem humanitarnym oraz poszanowaniem „nietykalno-świętych” praw człowieka. W tym celu lewicowcy przytoczyli przede wszystkim przebieg ostatnich wyborów prezydenckich, szybko określonych „masowym oszustwem”, oraz manifestację zwolenników opozycji, która nastąpiła tuż po wyborach i została brutalnie stłumiona przez białoruską milicję. Na nieszczęście dla lewicy, prawicowy dziennik przedstawił nieco bardziej obiektywny obraz wydarzeń. Zatem, co się tyczy kwestii „zbyt represyjnej” wobec „pacyfistycznych” opozycyjnych manifestantów, francuski dziennik Le Figaro w artykule zatytułowanym „Oblężony rząd Białorusi”, pisał, na podstawie depesz swych korespondentów: ”Manifestanci opozycji starali się dziś wieczór wtargnąć szturmem do siedziby rządu białoruskiego” [22]. Wyobraźmy sobie manifestantów starających się przedostać siłą do Pałacu Prezydenckiego lub do Pałacu Elizejskiego. A co do „masowego oszustwa”, ta sama gazeta informowała nazajutrz o wnioskach OBWE (mimo że jest całkowicie przeciw Łukaszence), odpowiedzialnej za nadzór nad prawidłowością głosowania, w następujący sposób: „W poniedziałek obserwatorzy Organizacji Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie (OBWE) stwierdzili „niedbalstwo” w liczeniu głosów podczas prezydenckich wyborów na Białorusi”.

W ten sposób właśnie, na potrzeby sprawy, „niedbałe liczenie głosów” stało się „masowym oszustwem”. Oczywiście represje były gwałtowne, ale odzwierciedlały przemoc chuliganów (niewielka część protestujących). Jednak represje bez ofiar i ciężko rannych wystarczyły, aby poruszyć na długi okres Biały Dom, Berlaymont, a nawet Kreml. Niemalże jednocześnie kraje zachodnie, zajmujące się problematyką praw człowieka, na codzienne zabójstwa na placu Tahrir, odpowiedziały łaskawą prośbą baronowej Katherine Ashton, Przedstawiciela Unii Europejskiej ds. Wspólnej Polityki Zagranicznej i Bezpieczeństwa: "Panie Mubarak, prosimy o rozsądek...".

Zakończenie

Artykuł ten może dać wrażenie, że został napisany przez skrajnego anty-Eeuropejczyka, lecz nie ma w tym ani ziarnka prawdy. Z pochodzenia nie jestem Europejczykiem, co nie zmienia faktu, że jestem bardzo przywiązany do Europy i jej różnorodności kultur. Dlatego też przywiązanie to skłania mnie do myślenia, że kontynent ten jest w niebezpieczeństwie, gdyż utracił kontrolę nad swoim losem, a hegemonia wielkiego kapitału, zajęta jest dziś kształtowaniem swojego charakteru pod kierownictwem Niemiec, mających pewne ambicje, które się powtarzają.

Niemcy, a raczej rząd i opinia publiczna Niemiec, wciąż wykazują determinację w dążeniu, aby wszelka perspektywa solidarności nie powiodła się. Nie ma mowy, aby ich dług publiczny został rozłożony na raty (nie mówiąc już o zmianie statutu i uprawnień Europejskiego Banku Centralnego), aby mógł on przyjść z pomocą krajom będącym w trudnościach. (…) W dzisiejszej Europie czeka nas raczej produkcja „mezzogiornos” [region we Włoszech o słabym rozwoju gospodarczym – przyp. tłum], a także eksplozja wrogich regionalizmów. A to dlatego, że od Rzymu po Lizbonę, integracja ta miała charakter konkurencyjny, a nie solidarnościowy. Po konsensusie waszyngtońskim z lat 80., czas na konsensus berliński.

Wydaje się, że komentatorzy dopiero teraz odkryli to, co nazywają „niemiecką Europą”, która jednak od swych narodzin była niemiecka dzięki zabiegom germanofila Schumana, co widzieliśmy powyżej. Fakt, że dziś staje się jeszcze bardziej „niemiecka” i to z jeszcze większą arogancją, nie zmienia fundamentalnego charakteru projektu. W ten sposób, przez ciekawy obrót historii, to właśnie Berlin narzuca dziś „wersalskie traktaty” Grecji i innym narodom Europy. Postępowanie to może okazać się długotrwałe i (mam nadzieję, że się mylę) zabójcze.
Wobec tego skrajna lewica ma moralny i polityczny obowiązek – musi zdać sobie sprawę z istoty problemu i zacząć głośno ujawniać wielkie oszustwa odpowiedzialne za rozprzestrzenianie się „europeistycznej” kultury, która zaraziła jej sposoby myślenia i działania. Bez tej świadomości, wszelki wysiłek, wszelka szansa na przewrót tego porządku będą skazane na niemoc godną pożałowania.

fot.sxc.hu

Bruksela, listopad 2011 roku
Tłumaczenie: Jolanta Komsta

___________________________________________________________
1 Miesięcznik Le Monde Diplomatique, listopad 2011 roku.
2 The Guardian, 2 marca 2011 roku. Ten sam bankier, świadomy sytuacji, uważa, że samozniszczenie systemu finansowego jest spowodowane jego działaniem. Zobacz: http://www.telegraph.co.uk/finance/economics/8362959/Mervyn-King-interview-We-prevented-a-Great-Depression.html.
3 Podczas posiedzenia plenarnego w 2005 roku, Zgromadzenie Ogólne Narodów Zjednoczonych przyjęło zasadę „odpowiedzialności za ochronę” ludności przed ludobójstwem, zbrodniami wojennymi, czystkami etnicznymi, zbrodniami przeciwko ludności.
4 W kolejnym materiale omówimy, dlaczego naszym zdaniem Maj 1968 roku pod względem europejskiej kultury politycznej przedstawia to, co mniej więcej przedstawiał plan Marshalla pod względem gospodarki.
5 „La diversité contre l'égalité” [„Różnorodność przeciw równości”], Wyd. Raisons d'agir, Paryż, luty 2009 roku).
6 Ponadto wśród tej lewicy rzeczywiście padały propozycje, aby walczyć o „zreformowanie” sojuszu wojskowego i instytucji finansowej.
7 „Londyn opracowuje plany w obliczu możliwości zaniknięcia waluty euro” oświadczył premier Wielkiej Brytanii David Cameron podczas szczytu G20 w Cannes (Le Monde, 9 listopada 2011 roku). Czy należy uważać to stwierdzenie za kolejny gest lekceważenia wobec Europy? Niezupełnie. Zobowiązania krajów Europy zachodniej oraz Irlandii wobec angielskich banków wynoszą ponad 400 tys. mld euro. Z drugiej strony dziennik Der Spiegel ujawnił 11 listopada 2011 roku, że niemiecki rząd przygotowuje inny plan dotyczący wyjścia Grecji ze strefy euro.
8 Znacząca jest również reakcja ATTAC France [Stowarzyszenie na rzecz podatku od transakcji finansowych i na rzecz działania obywateli], dla którego anty-demokratyczna ratyfikacja Traktatu z Lizbony „potrafiła znużyć nawet najbardziej zaciekłych zwolenników europejskiej idei… (…) Oczywiście ustanowienie wspólnego rynku pozwoliło od 1957 roku pozbyć się przeszłych konfliktów, mianowicie między Francją a Niemcami. Co do reszty, nie negując pewnych postępów w przeróżnych dziedzinach, coś się tu nie zgadza…”. http://www.france.attac.org/livres/l-europe-quitte-ou-double. Ważne jest, aby wspomnieć, że ostatnimi czasy stowarzyszenie Attac France brutalnie atakowało zwolenników idei deglobalizacji wewnątrz tej samej organizacji (i nie tylko).
9 archives.lesoir.be/un-projet-europeen-denature_t-2
10 Robert Schumann, deputowany w regionie Mozeli, głosował za nadaniem Petainowi władzy i nadzwyczajnych pełnomocnictw, a potem został mianowany podsekretarzem stanu w rządzie Vichy
11 Więcej szczegółów na temat współuczestnictwa oraz ukrytego oblicza wojny i europejskiej konstrukcji można znaleźć w niezwykle dokładnych dziełach historyczki Annie Lacroix-Riz, m.in. w „Le choix de la défaite” oraz w „De Munich à Vichy”, opublikowanych przez wydawnictwo Armand Colin w Paryżu, a także w „L’intégration européenne de la France”, wydawnictwo: Le Temps de cerises, Paryż, lub na następującej stronie internetowej www.historiographie.info
12 Oczywiście nie można wykluczyć faktu, że politycy lub grupy polityków szczerze wierzyli (a nawet uczestniczyli) w projekty europejskiej jedności, lecz nie ma to większego wpływu na pobudki, którymi kierowali się kluczowi decydenci. Podobnie jak nie można wykluczyć pozytywnych osiągnięć uzyskanych w trakcie całego procesu, co nie zmienia samego charakteru projektu. (…)
13 http://www.telegraph.co.uk/news/worldnews/europe/1356047/Euro-federalists-financed-by-US-spy-chiefs.html.
14 Z kolei stowarzyszenie ACUE, oprócz dużych korporacji, było finansowane przez Fundację Forda i Rockefellera.
15 Foster Dulles, Sekretarz Stanu za czasów prezydentury Eisenhowera, był jednym z twórców doktryny „rollback” (odpychania) wobec ZSRR. Był on dobrze znany w Ameryce Łacińskiej, ponieważ kilka miesięcy po swych interwencjach mających na celu patronowanie europejskiego zjednoczenia, zorganizował zamach stanu na prezydenta Jocobo Arbenza z Gwatemali starającego się zmusić amerykańską korporację United Fruit do zapłacenia podatków. W życiu prywatnym, Alain i Foster nie tylko posiadali udziały w tej korporacji, ale pełnili również funkcje jej adwokatów. Byli także braćmi.
16 EKZZ wyróżniła się nie tylko swą nieobecnością w walkach z TWE, ale również faktem, że wspierała traktat lizboński i starała się przekonać irlandzkich robotników do głosowania na jej korzyść! (Tuż po skrytykowaniu francuskich i holenderskich wyborców, którzy odrzucili konstytucyjny projekt…)
17 Pierre Mendès-France, Œuvres Complètes, Tome IV, Paris, Gallimard, 1987, p. 273 (Pierre Mendès-France, Zbiór dzieł, Tom IV, Paryż, wyd. Gallimard, 1987, str. 273).
18 Michel Rocard „Le marché commun contre l’Europe”, Seuil, Collection politique, 1973, France (Michel Rocard „Wspólny rynek przeciw Europie”, wyd. Seuil, Polityczna kolekcja, 1973, Francja)
19 Le Monde 18.11.2011
20 Le Monde 14.11.2011
21 Le Monde 15 czerwca 2011.
22 Le Figaro 19 grudnia 2010 roku.

Czytany 6418 razy Ostatnio zmieniany czwartek, 30 październik 2014 00:04