poniedziałek, 12 wrzesień 2011 06:01

Joshua Muravchik: Próba obrony: 'Odpowiedzialność za Ochronę' staje się doktryną

Oceń ten artykuł
(1 głos)

amerflag  dr Joshua Muravchik

Zastosowanie sił powietrznych NATO przeciwko Mummarowi Kaddafiemu, przez jednych było komentowane z nadzieją, przez drugich z przestrogą przed pierwszymi manewrami „Odpowiedzialności za Ochronę” - R2P. Ta nowa zasada, która wezwała do międzynarodowych działań przeciwko „ludobójstwu, zbrodniom wojennym, czystkom etnicznym i zbrodni przeciwko ludzkości”, została wprowadzona w 2005 roku „na spotkaniu plenarnym najwyższego szczebla” Zgromadzenia Narodów Zjednoczonych. Określenie stało się tak popularne, iż doczekało się swojego skrótu R2P – Responsibility to Proctect.

W praktyce, podczas gdy to określenie brzmi dość łagodnie, rodowód R2P (Odpowiedzialność za Ochronę) jest stary. Niektórzy uważają, że swoje korzenie wywodzi nawet ze starożytności. Zapoznanie się z historią tego określenia jest niejako podstawą do oceny czy R2P prowadzi do dobrodziejstwa lub do zguby ludzkiej świadomości i amerykańskich interesów – czy też prawdopodobnie ma tworzyć dużo większe różnice pomiędzy nimi.

Bardziej tradycyjna nazwa tej zasady brzmi „interwencja humanitarna”. Pierwszy raz spotkałem się nią, kiedy byłem dyplomowanym asystentem w 1970 roku. Profesor, dla którego pracowałem na Uniwersytecie Georgetown, fascynował się Wilhelmem V Orańskim. William O’Brien był specjalistą od wojen, prawa międzynarodowego i zajmował się interakcją, która występuje pomiędzy wojną a prawem. Problematyka leżała w rozważeniach w jakich okolicznościach użycie wojsk uzyskiwałoby prawną legitymizację. Prawo międzynarodowe jest dość restrykcyjne odnośnie nadania prawa (słuszności) państwom, które „idą na wojnę”, zwłaszcza od momentu uchwalenia Karty Narodów Zjednoczonych, która zezwala na podjęcie akcji militarnej tylko z mandatem ONZ lub w obronie własnej, ale też do przeprowadzania manewrów wojskowych.

Tradycyjnie autorytety prawa międzynarodowego uznały inną wykładnię prawa do warunkowości wojny, którą określili „interwencją humanitarną”. Uczeni zidentyfikowali pierwsze wyrażenie tej idei w tekście Hugo Grocjusza z 1625 r. pt. De Jure Belli ac Pacis, który ogólnie uznaje się za początki prawa międzynarodowego, widoczne nawet w dziełach klasycznych filozofów i teologów, na których Grocjusz i jego następcy wzorowali się.

Taka koncepcja nie była trudna do uchwycenia. Pomimo tego, że suwerenność była najbardziej pryncypialną zasadą prawa międzynarodowego, co najmniej od momentu narodzenia się systemu państwowego, to moralna intuicja sugeruje, że nie jest ona „całkowita” i niepodważalna. Kiedy rządy rabują własnych obywateli, mocno przekraczając dopuszczalny poziom brutalności, a działania takie w efekcie mogą prowadzić do walki o własną suwerenność, wtedy pojawia się prawne wytłumaczenie wysłania żołnierzy w celu ochrony ofiar i ludności cywilnej. Nikt jeszcze nie odniósł sukcesu pozostając w „przedsionku”, ale też nikt nie wątpił, że takowy istniał. Kto zaprotestowałby, gdyby zaatakować z zaskoczenia i zatrzymać Holokaust Hitlera czy „auto-ludobójstwo” Pol Pota i czerwonych Khmerów w oparciu o twierdzenie, że zagraniczna interwencja była nie zgodna z prawem?

Oczywiście nikt nie interweniował by ratować Żydów, czy Khmerów. To nie było tylko tragiczne; stworzyło to również pytanie o prawne uzasadnienie. Byli również i tacy, którzy twierdzili, że taki przepis istniał, wśród nich L. F. L. Oppenheim, Hersch Lauterpacht oraz inni słynni specjaliści prawa międzynarodowego, którzy uznawali taki przepis za część „zwykłego” prawa („zwykłe” tzn. takie, które jest silną analogią do prawa zwyczajowego w tradycji prawnej Wielkiej Brytanii, które jest głównym źródłem stanowienia prawa międzynarodowego). Mój mentor z Uniwersytetu Georgetown William O`Brien, pisząc jednak o prawie wojennym, nie do końca był przekonany o słuszności tego wywodu. Zwrócił uwagę, że „zwykły” oczywiście wynika z tego, co państwa faktycznie robią, a nie z tego, co wielu uważa, że powinny zrobić, lub czego nie dokonali. Chcąc przetestować jego sceptycyzm wobec opinii głoszących taki dogmat, dał mi zadanie, abym szukał konkretnych przykładów interwencji humanitarnych.

Współczesna literatura przedmiotu najczęściej wskazuje na jeden przykład. Podczas kryzysu w Kongo w 1960 roku, utworzona amerykańsko-belgijska jednostka do zadań specjalnych została przetransportowana na miejsce zdarzenia w celu ratowania ludzi „Zachodu”, przetrzymywanych w roli zakładników. Nie było to satysfakcjonujące. Wyzwolenie białych ludzi z afrykańskiego chaosu nie tworzyło unikalnej moralnie i fascynującej opowieści. Liczba ofiar – nieśmiało mówiąc tysiące ludzi – jest nieporównywalna do Holokaustu, czy szaleństwa Pol Pota. Podobna liczba czarnych ginie w bratobójczych walkach każdego tygodnia w ciągu roku bez większej uwagi innych państw.

Razem z O`Brien`em postanowiliśmy poszukać bardziej solidnego przykładu w innym afrykańskim zdarzeniu. Było to obalenie dyktatora Ugandy Idi Amina Dady przez wojska sąsiedniej Tanzanii. Nawet, jak na dzisiejsze standardy, kiedy praktycznie cała Afryka przeżywała jęk dyktatorskich władz, sprawowanych przez tzw. „wielkich ludźi”, krwawe rządy Amina wyróżniały się. Oblicza się, że pod jego rządami na jego rodakach przeprowadzono ok. stu tysięcy egzekucji, zaś sam dyktator rzekomo własnymi rękoma torturował aż do śmierci anglikańskiego arcybiskupa. Relacje niektórych świadków mówią, że nawet ucztował na „pozostałościach” duchownego.

Jednak, kiedy rozmawiałem z przedstawicielami ambasady Tanzanii w Waszyngtonie, ci twardo utrzymywali, że ich wojska wyparły Amina z powodu inwazji jego wojsk na terytorium Tanzanii, co faktycznie miało miejsce. Twierdzili, że tanzański rząd nie działał przeciwko Aminowi z powodu jego okrucieństwa w stosunku do własnego narodu. Do działań przeciwko Aminowi w ogóle by nie doszło, ponieważ główne zasady Organizacji Jedności Afrykańskiej (później przemianowanej na Unię Afrykańska), głosiły doktrynę nieingerencji w sprawy wewnętrzne drugiego państwa i uprawianej przez nie polityki, w której każda z autokracji miała własny interes.

Nasze dążenia okazały się bezowocne. O`Brien traktował tę sprawę z naukowym sceptycyzmem w książce, którą w tamtym momencie pisał. „Potrzeba interwencji humanitarnej, aby ratować ludzi przed ich własnym rządem, nie zbiegała się z dostępnością siły lub grupą sił zdolnych i chętnych do interwencji” – powiedział, wskutek czego cała koncepcja stała się „problematyczna”.

Sytuacja ta jednak uległa zmianie w ostatnich dwóch latach, w taki sposób, że R2P stała się priorytetem w polityce zagranicznej USA. W 1986 roku senat USA ratyfikował Konwencję w sprawie zapobiegania i karania zbrodni ludobójstwa, która funkcjonowała już w innych państwach od wielu dekad. Konwencja zobowiązuje sygnatariuszy do „podjęcia działań prewencyjnych i karania” za ludobójstwo. Oznaczało to, że przynajmniej w niektórych przypadkach interwencja humanitarna może zostać oparta na mocniejszej podstawie niż prawo zwyczajowe, czyli na zobowiązaniach traktatowych. Nadało to całej sprawie większą wagę.

Drugą, bardzo doniosłą zmianą, było zakończenie Zimnej Wojny w 1989 roku. Ten fakt stworzył sytuację, w której interwencje humanitarne stały się o wiele bardziej realne. Podczas Zimnej Wojny jakiekolwiek przemieszczanie się sił zbrojnych na nowe, nieznane dotąd terytorium, bez względu na powód czy pretekst, dokonywane przez jedno supermocarstwo, było traktowane przez drugie jako złowrogi ruch pionka na globalnej szachownicy. W najlepszym przypadku ruch taki powodował poważne napięcia, a często też wywoływał kontrposunięcia.

Z chwilą zakończenia Zimnej Wojny nastała większa swoboda działania, a dla Stanów Zjednoczonych wymagania odnośnie narodowego bezpieczeństwa stały się mniej pilne. Bez ciężaru nagłej konieczności odpierania zagrożenia ze strony Sowietów, Amerykanie mogli dać większy upust swojej moralnej wrażliwości.

Kryzysy, w których amerykańskie wartości i zasady, zostały zaangażowane, bardziej niż własne bezpieczeństwo Ameryki, znalazły się w centrum uwagi jej polityki międzynarodowej od lat 90. – kiedy rozpadła się Jugosławia, Somalia cierpiała głód, a w Rwandzie trwały krwawe walki pomiędzy plemionami, które osiągnęły epiczne rozmiary. Dwa ostatnie przykłady wzbudzały głównie humanitarną uwagę, podczas gdy przypadek Jugosławii splatał w sobie bardziej „praktyczne” rozwiązania. Ataki Serbii na Słowenię, Chorwację, a zwłaszcza Bośnię i Hercegowinę zakwestionowały podstawową zasadę transgranicznej agresji, w której kształt bezpieczeństwa Ameryka (i inni) mieli swój wkład. Do identycznych zasad odwołano się sprzeciwiając się irackiej agresji na Kuwejt, a masowe morderstwa i gwałty na cywilach dodawały tylko moralnego usprawiedliwienia.

Prezydent Bill Clinton, gorliwy i „skupiony, jak wiązka lasera” na wewnętrznych sprawach gospodarczych, podczas swojej pierwszej kadencji, przedłożył problem kryzysów na forum ONZ. W końcu doprowadził do sytuacji, w której to światowe ciało (ONZ) i Waszyngton okryli się wstydem przez swoją nieudolność i brak szybkiej reakcji w obliczu masowych okrucieństw, przygotowując grunt, na którym R2P zaczynało pękać.

Wydarzenia w Somalii wynikały z decyzji podjętych przez poprzednika Clintona – George H. W. Bush – w ostatnich dniach sprawowania przez niego urzędu. George H. W. Bush wysłał amerykańską piechotę morską, aby powstrzymać głód. Jego przyczyną nie były warunki naturalne, ale zdecydowanie bardziej nieporządek publiczny, podczas którego żywność była rekwirowana przez uzbrojone gangi. Amerykanie postawili dobrze chronione posterunki z żywnością i wodą, ratując być może w ten sposób ok. miliona ludzkich istnień. Pozostało jednak pytanie, w jaki sposób Amerykanie mogliby wycofać się z tego rejonu, bez spowodowania groźby nawrotu tragedii.

ONZ zdecydowało się na ambitny projekt narodotwórczy, przekonując Billa Clintona, aby na miejscu pozostawił kilka tysięcy amerykańskich żołnierzy, tworzących trzon sił zbrojnych ONZ w celu zapewnienia bezpieczeństwa. Jednak, kiedy w 1993 roku, osiemnastu amerykańskich żołnierzy zginęło w walkach w Mogadiszu, prezydent z przykrością powiadomił i wytłumaczył amerykańskiej opinii publicznej, co właściwie siły zbrojne USA robiły w Somalii, po czym nakazał natychmiastową ewakuację.

Sześć miesięcy później, wybuchł konflikt pomiędzy plemionami w Rwandzie, doprowadzając ostatecznie do pierwszego od czasów Holokaustu ludobójstwa. Zamiast wzmocnienia sił pokojowych ONZ stacjonujących w kraju ze względu na wcześniejsze wybuchy przemocy, urzędników ONZ zachęcano do ucieczki. Kiedy kilku członków Rady Bezpieczeństwa dostrzegło możliwość zatrzymania rozlewu krwi, USA przyjęło pozycję lidera w powstrzymaniu rozwoju tego pomysłu. Gdy Clinton opuścił swój urząd, wygłosił prymitywne przeprosiny wobec Rwandy – „społeczność międzynarodowe musi podzielić się odpowiedzialnością za tę tragedię” – nie przyznając się, że w tej sprawie „społeczność międzynarodowa”, to przede wszystkim on sam.

Prezydent poszedł nawet dalej, nakazując członkom swojej administracji unikać słowo „ludobójstwo”, i to w czasie gdy w Rwandzie mordowanie było na porządku dziennym, aby tylko nie przywoływać amerykańskiego obowiązku, wynikającego z konwencji o zapobieganiu ludobójstwu. W konsekwencji przedstawiciele amerykańskiej administracji niechętnie przyznają, że „ludobójstwo mogło mieć miejsce”.

Po wybuchu wojny w Bośni i Hercegowinie w kwietniu w 1992 roku, prezydent Bush nazwał ten konflikt „czkawką”, po czym zasiadł z założonymi rękoma. Jako kandydat, krytykował Clintona za podobną politykę, ale jako prezydent robił dokładnie to samo. Rola ONZ właściwie tylko pogorszyła bieg spraw. Muzułmańskie ofiary „czystek etnicznych”, dokonanych rękoma Serbów, były nakłaniane do pozostania w miejscach schronienia - sześciu „bezpiecznych obszarach” pod protekcją ONZ, pod warunkiem, że zdadzą broń. Jednym z takich miejsc była Srebrenica, która została opanowana przez serbskie siły w 1995 roku. Kiedy Serbowie wkroczyli do akcji, siły ONZ odmówiły muzułmanom zarówno pomocy, jak i wydania broni w celu obrony własnej. Około 7, a może nawet 8 tys. mężczyzn, w wieku poborowym, zostało schwytanych i masowo rozstrzelanych. To była pierwsza masakra w Europie po II Wojnie Światowej. To skłoniło Clintona do wydania rozkazu przeprowadzenia nalotów bombowych, które zakończyły wojnę szybko i łatwo.

Zakłopotany zwłoką w podejmowaniu decyzji odnośnie działań w Bośni, podczas których od 100 do 250 tys., głównie cywilów zginęło, zaalarmowany napiętą sytuacją wewnątrz NATO, Waszyngton i europejscy sojusznicy dali skwapliwą odpowiedź, w momencie kiedy sytuacja w Kosowie w 1998 stała się bardzo gorąca. Bombardowania zmusiły serbskie siły do wycofania się.

Działania NATO może i były moralnie uzasadnione, ale nie posiadały wiarygodnych podstaw w prawie międzynarodowym. Użycie siły nie było zatwierdzone przez Radę Bezpieczeństwa, z powodu zgłoszenia weta przez Moskwę, która opowiedziała się za Belgradem. Milczenie Rady Bezpieczeństwa może być czasami uzasadnione pod egidą „zbiorowej samoobrony”, ale w przeciwieństwie do Bośni i Hercegowiny, która była niepodległym państwem, Kosowo bezspornie było prowincją Serbii. Tym samym kwestia transgranicznej agresji nie istniała.

Kilka państw NATO, ale nie większość, uzasadniała swoje zaangażowanie na tym terenie, ćwiczeniami z interwencji humanitarnej, jednak ta koncepcja została wówczas rozciągnięta poza wszelkie granice. Nie ma wątpliwości, że Serbowie prześladowali społeczność albańską w Kosowie, ale prześladowania występują w wielu miejscach na świecie. Liczba Albańczyków zabitych przez Serbów podczas bombardowań, prawdopodobnie nie przekraczała dwóch cyfr. Choć była to tragedia, jednak nie doprowadziła do eskalacji przemocy na nadzwyczajnym  poziomie, który zawsze był postrzegany, jako próg, po przekroczeniu którego podejmuje się interwencję humanitarną. Bez żadnych prawnych uzasadnień, NATO działało z wyrzutem sumienia, dlatego że zawiodło we wcześniejszych konfliktach w Bośni i Hercegowinie oraz w Rwandzie.
Konflikt, jaki wydarzył się w Kosowie i działania lub zaniechania w Bośni, Rwandzie i Somalii – skłoniły rząd Kanady, przy wsparciu urzędników ONZ i środków najważniejszych fundacji, do utworzenia Międzynarodowej Komisji ds. Interwencji i Suwerenności Państwa. Obrady zaowocowały wydaniem w grudniu 2001 r. raportu, który wprowadzał nowy termin: „Odpowiedzialność za Ochronę” (Resposibility to Protect). Termin ten następnie został włączony do wydanego w 2004 roku zalecenia, tzw. Wysokiego Szczebla ds. Zagrożeń, Wyzwań i Zmian, ustalonego przez Sekretarza Generalnego ONZ Kofi Anana, który przewodził reformom ONZ. Następnie termin ten skodyfikowano w nadchodzącym roku, na specjalnym posiedzeniu Zgromadzenia Ogólnego, zwanym „szczytem świata”.

Dla niektórych amerykańskich liberałów i bez wątpienia dla Europejczyków o podobnych poglądach, uścisk interwencji humanitarnych, obecnie przechrzczonych na „Odpowiedzialność za Ochronę” (R2P), wydaje się pociągać za sobą paradoksalne rozumowanie.

Podczas kryzysów humanitarnych na początku lat 90., można było dostrzec trzy szkoły ideologiczne. Pierwsza składała się z neokonserwatystów, która popierała interwencje zbrojne. Druga składała się z tradycyjnych konserwatystów, którzy sprzeciwiali się interwencji, która byłaby usprawiedliwiana tylko moralnym punktem widzenia, bez uwzględniania jakiegokolwiek interesu narodowego. Trzecia grupa, która skupiała głównie liberałów, opowiadała się za powstrzymaniem rozlewu krwi, jednocześnie przy zachowaniu ostrożności z faktycznym i fizycznym użyciem sił zbrojnych.

W następnych kryzysowych latach, ostatnia grupa eksponowała drugą myśl, czego ilustracją były przeprosiny Clintona odnośnie Rwandy. Nie rezygnując masowego braku zaufania do amerykańskich działań zbrojnych, niektórzy z tych liberałów wydają się czuć o wiele bardziej komfortowo z wojną prowadzoną w celach humanitarnych, niż z wojną usprawiedliwianą narodowym egoizmem, która, jak widać, może prowadzić do osiągnięcia własnych korzyści (brak zaufania do amerykańskich celów, które wciąż utrzymuje się po wojnie w Wietnamie).

To właśnie głosiciele tych idei głosy, np Samanthy Power – autorki bestselerowej książki o ludobójstwie, obecnie odbywającej służbę w sztabie Rady Bezpieczeństwa Narodowego – byli postrzegani, jako zwycięzcy nad „realistami” w administracji Obamy, nakłaniając prezydenta do wzięcia czynnego udziału w misji w Libii. Jednak zwątpienie, które wydaje się tkwić w jastrzębiej ideologii liberalnej, czyli politycznym zorientowaniu się na faworyzowanie agresywnej polityki – zostało wyrażone w decyzji Obamy o zakończeniu udziału Stanów Zjednoczonych w kampanii bombardowań Libii, na rzecz przekazania jej NATO, zasadniczo tuż przed właściwym jej rozpoczęciem.

Ponadto, ucisk interwencji humanitarnej dodał nowych sił liberalnym jastrzębiom w USA, a jeśli nie im, to z pewnością ich zagranicznym odpowiednikom – niepokój spaja ich poglądy. Jedynym krajem, który był zdolny do użycia siły w każdym zapalnym punkcie na świecie były Stany Zjednoczone. Czy Waszyngton miał teraz wolną rękę do działań w imieniu humanitaryzmu? Czyżby to nie w Ameryce wojenne jastrzębie wykorzystywały takie luki w prawie dla osiągnięcia własnych celów?

Jak na ironię, koniec Zimnej Wojny pozwolił zarówno na skupienie większej uwagi na kryzysach humanitarnych, jak również na rozwój przerażenia amerykańską potęgą. W czasie Zimnej Wojny, Europa Zachodnia i wiele innych państw, były chronione tą potęgą przed destrukcyjnymi działaniami Związku Radzieckiego i jego sojuszników. Kiedy Związek Radziecki niespodziewanie upadł, powstał świat unipolarny. Ameryka nie była już potrzebna, jako główny protektor, a jej jednoznaczny i niepodważalny status supermocarstwa, wydawał się groźny nawet dla sojuszników. Hubert Védrine, francuski minister spraw zagranicznych, ukuł termin „hiper-kłótliwość”, aby porównać muskulaturę USA do choroby polityki międzynarodowej. "Amerykanie, w przypadku braku ograniczeń narzucanych im przez kogoś, lub coś, postępują tak, jak swego rodzaju czek in blanco w McŚwiecie", napisał wiodący niemiecki magazyn Der Spiegel.

Te obawy powodowały wśród polityków i komentatorów natarczywe domagania się respektowania zasady, aby użycie siły zawsze było aprobowane przez Radę Bezpieczeństwa. W Kosowie w 1998 roku, ten problem został zignorowany przez dokładnie tych samych luminarzy. Ten schemat potwierdzono na nowo w 2002 roku inwazją Amerykanów i ich sojuszników na Irak. Działanie te zostały określone jako „nielegalne” przez Sekretarza Generalnego ONZ Kofiego Anana, ponieważ przebiegały one także bez zgody Rady Bezpieczeństwa.

Tak więc ustanawiając zasadę R2P na światowym szczycie ONZ, potwierdzono, że jakiekolwiek działania muszą być podjęte „przez Radę Bezpieczeństwa”, zabezpieczając świat przed samozwańczą polityką USA.

Występuje jednak bardzo poważny problem w Karcie Narodów Zjednoczonych, która przyznaje Radzie Bezpieczeństwa monopol na prawowite użycie siły. Karta nie tworzy swego rodzaju umowy społecznej między narodami, analogicznie do umowy między ludźmi, zgodnie z filozofią polityczną Johna Locka. Zgodnie z art. 2.4, który zakazuje "stosowania groźby lub użycia siły przeciwko nietykalności terytorium albo niepodległości politycznej któregokolwiek państwa" członkowie rezygnują z autonomicznego działania, którym cieszyły się zgodnie z prawem zwyczajowym, w zamian za ochronę otrzymaną od Rady Bezpieczeństwa. Ochrona ta, jak podkreślono w rozdziale 7 Karty, będzie wyposażona w ogromny międzynarodowy aparat wojskowy Rady Bezpieczeństwa, która wdroży go przed państwem, które zagraża lub zaatakuje inne państwo. Jednak ten cały aparat jest tylko złudzeniem.

Tylko dwukrotnie w 66-letniej historii ONZ, w którym pełniła swoją funkcję, przewidziano – jako główny cel – powstrzymanie agresora. Była to w Korei w 1950 roku i w Kuwejcie w 1991 roku. W obu przypadkach Rada Bezpieczeństwa, nie mając własnych sił zbrojnych, poprosiła członków organizacji o wysłanie własnych oddziałów, pod dowództwem Stanów Zjednoczonych. W efekcie, działano zgodnie z artykułem 51, który uznaje "niepozbywalne prawo do samoobrony indywidualnej lub zbiorowej". Ten artykuł został stworzony dla sytuacji, w której Rada Bezpieczeństwa nie jest w stanie zareagować. Jednak okazało się, że to nie był tylko jeden artykuł, który może źle funkcjonować.

Co mogłoby być bardziej czytelnym stwierdzeniem, niż to, że trzon porozumienia Karty został złamany? Zatem pokładanie nadziei w użyciu siły przez Radę Bezpieczeństwa jest absurdalne i niebezpieczne. Odnosi się to również do katastrof humanitarnych i naruszeń pokoju.

ONZ była mocno zaangażowane w Somalii, Rwandzie i Jugosławii, ale jej działania w większości przypadków tylko pogorszyły sytuację. To skłoniło Kofi Annan`a, który kierował departamentem ds. utrzymania pokoju w czasie tych kryzysów, przed tym jak został mianowany na Sekretarza Generalnego, do wypowiedzi: "Siły pokojowe nigdy więcej nie mogą być stosowane w środowisku, w którym nie ma zawieszenia broni lub porozumienia o pokoju”. Innymi słowy, siły ONZ mogą odegrać jakąkolwiek rolę po konflikcie w przywracaniu normalności, ale są na ogół bezradne, gdzie jedna ze stron chce kontynuować mordowanie.

Czy upoważnienie NATO przez Radę Bezpieczeństwa odnośnie przeprowadzenia kampanii powietrznej w Libii daje podstawy do zmiany tej oceny? Czy ta sytuacja tworzy pewnego rodzaju precedens dla innych, którzy będą chcieli przeprowadzić interwencję pod egidą ONZ, aby ratować życie? Odpowiedź brzmi: „nie”. Kardynalną cechą libijskiego epizodu jest to, że Kaddafi jest szaleńcem, nieuznawanym już obecnie przez większość rządów, oprócz kilku w Afryce, które przekupił. To cofnięcie uznania było ostatecznym ciosem dla jego władzy.

Najczystszą miarą nadzwyczajnej izolacji Kaddafiego jest bezprecedensowa rezolucja Ligi Arabskiej, popierająca interwencję w Libii, która de facto utorowała drogę do głosowania w Radzie Bezpieczeństwa. Ale kiedy syryjski dyktator Baszar al-Assad, nie mniejszy tyran niż Kaddafi, wysłał czołgi i snajperów do miast, aby stłumić pokojowe demonstracje, Liga Arabska poparła jego działania, a Rada Bezpieczeństwa odmówiła czynnej operacji wojskowej, poza werbalnym potępieniem wydarzeń w Syrii.

Trudno jest wskazać reżimy tak osamotnione, jak reżim Kaddafiego. Być może Korea Północna, ale od momentu, kiedy weszła w posiadanie bomby atomowej, jej głównym sojusznikiem jest Pekin, zatem żadne działania przeciwko niej nie są rozważane, chociaż Kim zaszedł o wiele dalej w prześladowaniu swoich obywateli, niż Kaddafi. Junta wojskowa, która włada Birmą, była szeroko krytykowana, ale państwa jej przyjazne w ASEAN – Stowarzyszeniu Narodów Azji Południowo-Wschodniej – generalnie rozpieszczają juntę, a interwencja militarna nie była rozważana nawet, kiedy w 2007 roku zabijano mnichów, którzy demonstrowali w pokojowej demonstracji.

W skrócie – sprawa Libii potwierdziła precedens użycia siły z upoważnienia Rady Bezpieczeństwa, podobnie do przypadku głosowania nad Koreą w 1950 roku, kiedy radziecka delegacja w sposób nieprzemyślany zdecydowała się zbojkotować obrady, opuszczając salę, a tym samym pozbawiając siebie możliwości zgłoszenia veta. Działanie ONZ było zręczne i praktyczne. Jednak Stany Zjednoczone będą bronić Korei Południowej bez względu na decyzję RB, prawdopodobnie z tą samą grupą sojuszników.

R2P w najlepszym przypadku będzie błędną zasadą działania moralnego, ponieważ nie może być stosowana od ręki. Przykładowo, bez względu na reżim panujący w Pekinie, który działałby podobnie w stosunku do własnych obywateli, skorzystanie z zewnętrznej siły militarnej w celu ochrony chińskich obywateli jest niewyobrażalne. Kto zaatakowałby Chiny? Niemniej jednak, dla zachowania powagi tej zasady, powinna ona być stosowana możliwie jednolicie. Sytuacja w Syrii nie jest identyczna, jak w Libii: po pierwsze w Syrii ludzie nie wezwali sił zewnętrznych na pomoc zbrojną. Jednak, jeśli Assad trwałby w szaleństwie masowego mordowania (jak jego ojciec w mieście Hamma w 1982), a syryjscy dysydenci wołaliby o pomoc z zewnątrz, to co mogłoby się stać? Jest prawdopodobne, że administracja Obamy rzuciłaby się z przewrotną troskliwą pomocą dla tego reżimu, ale nie do pomyślenia, by ONZ, Moskwa i Pekin zrobiliby to samo.

W zasadzie świat cieszy się umiarkowanym spokojem od 1945 roku, ale tego stanu rzeczy nie zawdzięcza się działalności ONZ, lecz Amerykanom, którzy swoje działania opierają bardziej na formie gwarancji dla Japonii, państw NATO i innych sojuszników, niż na wszczynaniu kolejnych wojen. W czasach, kiedy przemoc jest częściej zauważalna wewnątrz państw, a nie pomiędzy nimi, w skrajnych przypadkach czasem woła się o interwencję z zewnątrz. Natomiast tradycyjna doktryna interwencji humanitarnej, przywołanej przez Stany Zjednoczone, oraz inne państwa demokratyczne, stosowana przez nie według uznania, ma więcej do zaoferowania i może być bardziej użyteczna niż nowa, błyszcząca wersja R2P, która pozostawia pełnię władzy w paralitycznych rękach Rady Bezpieczeństwa Organizacji Narodów Zjednoczonych.

Powyższy artykuł dr Muravchika został orginalnie wydrukowany, w wydaniu Lipiec/Sierpień magazynu spraw międzynarodowych  World Affairs Journal, z siedzibą w Waszyngtonie Dystrykt Columbia, który jest publikowany od 1837 r. Więcej:  WorldAffairsJournal.org Publikacja za zgodą redakcji. 

Tekst orginalny w j. angielskim znajduje się TUTAJ. Tłumaczenie: Bartosz Mroczkowski.

Czytany 11020 razy Ostatnio zmieniany czwartek, 30 październik 2014 00:04