poniedziałek, 14 listopad 2011 07:44

Janusz Piechociński: Kryzys a europejskie banki

Oceń ten artykuł
(4 głosów)

crisis  Janusz Piechociński

Istnieją dwa podstawowe powody, dla których losy długów małej Grecji trzęsą europejskimi finansami. Pierwszym są ogromne inwestycje dużych europejskich banków w grecki dług i ich ogromne lewarowanie, co może doprowadzić do kolosalnych strat. Po drugie, zezwolenie na bankructwo tego kraju, sugeruje, że nie da się też uratować innych „dłużników”. Jeśli tak stałoby się w przypadku Włoch i Hiszpanii – scenariusz ten zniszczyłby największe banki na całym świecie.

Fazy światowego kryzysu

Światowy kryzys zdetonował upadłościami amerykańskich banków i instytucji finansowych. Rządy wielu państw podjęły wielki wysiłek i w różnej formie udzieliły tym instytucjom budżetowego wsparcia. Kryzys finansów międzynarodowych przekształcił się w kryzys produkcji, a po dwóch latach, wskutek zadłużenia publicznego tym razem w prawie całej Europie, uderza znowu w banki. Kryzys, który dotknął banki został więc przerzucony na barki podatników do czasu aż finanse publiczne państw rozwiniętych zostaną uporządkowane.

Według danych Międzynarodowego Funduszu Walutowego, w 2007 r. łączny dług publiczny państw rozwiniętych wynosił 72,6% ich PKB. W 2011 r. sięgnął poziomu 102,9% ich PKB. W przypadku Stanów Zjednoczonych zwiększył się on z 62,6% PKB do 99,5% PKB, choć amerykański prezydent Barack Obama obiecywał w 2009 r., że zmniejszy zadłużenie o połowę. W Japonii dług wzrósł ze 187,7% PKB w 2007 r. do poziomu 229,1% w 2011 r. W Wielkiej Brytanii zwiększył się w tym czasie z 44% PKB do 85% PKB. W Polsce w 2007 r. sięgał 45% PKB, zaś obecnie bliski jest konstytucyjnego progu, wynoszącego 55% PKB.

Według MFW, deficyty budżetowe i dług publiczny krajów pozostaną na bardzo wysokich poziomach jeszcze przez wiele lat po zakończeniu kryzysu. Wydatki, mające na celu wsparcie systemu finansowego, nadal będą uwzględniane w budżetach państw, ale przychody podatkowe nie będą szybko rosnąć z powodu wolnego wzrostu gospodarczego, przechodzącego czasem w spowolnienie. Duże deficyty mogą zaś poważnie osłabić kondycję nawet największych gospodarek.

Wiele krajów musi zacisnąć pasa pod względem fiskalnym, czyli stopniowo zmniejszać wydatki i/lub cofać ulgi podatkowe, związane z pobudzaniem gospodarki, a także ograniczać subsydia. W innym przypadku deficyt budżetowy i duży dług publiczny uderzą w narodowe oszczędności oraz źle wpłyną, w długim okresie, na stopy procentowe i potencjalny wzrost gospodarczy.

Od początku 2011 r. dokonuje się dramatyczna przecena (wyrażająca się we wzroście rentowności) papierów skarbowych wielu państw europejskich. Przykładowo między styczniem i sierpniem tego roku rentowność dziesięcioletnich obligacji portugalskich wzrosła o blisko 450 pkt bazowych, greckich - o 270 pkt, włoskich - o 150 pkt, a hiszpańskich o 80 pkt. W tym samym okresie rentowność obligacji polskich utrzymywała się na stabilnym poziomie.

Polski minister finansów Jan Rostowski w niedawnej debacie w Parlamencie Europejskim pochwalił Europejski Bank Centralny. Rostowski stwierdził, że gdyby nie interwencje EBC w sierpniu tego roku, kiedy bank skupował na rynkach dług zagrożonych państw euro, "to dziś nie patrzylibyśmy z trwogą na nadchodzący huragan, lecz bylibyśmy nim już ogarnięci". "W tamtych gorących dniach EBC i prezes Trichet uratowali Europę". Oczywiście chwalenie EBC nie rozwiązuje problemu, bowiem to nie Europejski Bank Centralny, a specjalnie powołany Europejski Fundusz Stabilności Finansowej miał interweniować w chwilach zagrożenia.

Zagrożenie jednak nadal istnieje. Szacuje się (obliczenia szwajcarskiego banku UBS), że wyjście  nawet małego kraju ze strefy euro oznacza spadek jego PKB o 40-50% w pierwszym roku, a w kolejnych latach o około 10-20%. Natomiast w przypadku wyjścia z euro bogatego, dużego kraju, jego PKB spadłby początkowo o 20-25%, natomiast potem na stałe byłby niższy o około 10%, niż w reszcie eurostrefy.

EBC nie będzie w stanie skupować długów członków eurolandu w nieskończoność. Obecnie ta instytucja jest w posiadaniu około 444 mld długów rządów Grecji, Włoch, Portugalii, Irlandii i Hiszpanii. Niedawno, w proteście przeciw tak lekkomyślnemu skupywaniu obligacji, zaprotestował Jurgen Stark, rezygnując ze stanowiska członka Rady w Europejskim Banku Centralnym. Według londyńskiego Open Europe Europejski Bank Centralny jest obecnie ekstremalnie przelewarowany.

Dlaczego Grecja jest ważna?

Kryzys zadłużeniowy zaczął się jednak w Europie od Grecji, która na jesieni 2009 r. przyznała się do fałszowania budżetowych statystyk. To, wraz z serią cięć greckich ratingów, zniszczyło wiarygodność Aten, jako dłużnika i doprowadziło do masowej wyprzedaży greckich obligacji.

Rentowność obligacji dziesięcioletnich, emitowanych przez grecki rząd, skoczyła z 5,7% na początku 2010 r. do 12% w maju zeszłego roku, a na początku września 2011 przekroczyła 19,6%. W październiku rentowność greckich papierów znów znacznie wzrosła. Grecja jest przykładem skrajnym, ale większość państw UE ma problemy długiem publicznym – aczkolwiek nie na taką skalę. W 2010 r. spośród krajów strefy euro tylko Słowacja, Finlandia i Luksemburg miały deficyt poniżej warunków wejścia do eurolandu tj. nie więcej niż 60 % PKB.

W ramach drugiego pakietu pomocy Grecja miałaby otrzymać 130 mld euro od eurolandu i MFW, z czego 30 mld to gwarancje dla inwestorów,  zachęcające ich do wymiany obligacji greckich na papiery o połowę niższej wartości. W zamian kraj ma przyjąć daleko idący program oszczędności, który budzi masowe sprzeciwy obywateli. Na szczycie strefy euro 27 października tego roku uzgodniono również redukcję długu Grecji o 100 mld euro, z pięćdziesięcioprocentowymi stratami dla posiadaczy greckich obligacji.

Są dwa podstawowe powody dla których losy długów małej Grecji trzęsą europejskimi finansami. Pierwszym są ogromne inwestycje dużych europejskich banków w grecki dług i ich ogromne lewarowanie, co może doprowadzić do kolosalnych strat. Po drugie, zezwolenie na bankructwo tego kraju, sugeruje, że nie da się też uratować innych „dłużników”. Jeśli tak by się stałoby w przypadku Włoch i Hiszpanii, zniszczyłoby to największe banki na całym świecie. Rentowność dwuletnich obligacji greckich wynosi obecnie ponad 60%. W przypadku rocznych papierów przekracza 110% Można wiec powiedzieć, że na światowych rynkach finansowych panuje przekonanie o nieuchronnym bankructwie Grecji. 

Grecja po prostu nie może dłużej istnieć bez dalszych pakietów ratunkowych. Grecki dług w stosunku do PKB wynosi obecnie 140%. Do końca roku ta relacja wzrośnie do niemal 180% (oczywiście pod warunkiem otrzymania wsparcia finansowego). Wdrożone już działania oszczędnościowe powodują kurczenie się greckiej gospodarki. Rząd grecki prognozuje około 5,3% spadek PKB w 2011 r. Jeżeli Grecja zatonie, równie dobrze może jej towarzyszyć Portugalia. Rentowność dwuletnich portugalskich obligacji wynosi obecnie ponad 15%. Rok temu kształtowała się na poziomie 4%.

Portugalia, Irlandia i Włochy również posiadają wskaźnik zadłużenia do PKB znacząco powyżej 100%. Grecja, Portugalia, Irlandia, Włochy i Hiszpania winne są reszcie świata łącznie około 3 bilionów euro.

Nie dziwią wiec decyzje z ostatnich dni o umorzeniu greckich długów, zmiany jego oprocentowania, czy zamiarze podniesienia do ponad 1 bln euro finansowego potencjału EFSF. Kluczowe decyzje w tym zakresie zostały wypracowane i przeforsowane przez polityków niemieckich z kanclerz Angelą Merkel na czele. Niemiecki rząd już od kilku miesięcy przygotowywał się do ratowania największych niemieckich banków w przypadku bankructwa Grecji. Ostatecznie, ponoć już dawno, nakazał bankom i instytucjom finansowym przygotować się na pięćdziesięcioprocentowa redukcję zadłużenia Grecji.

Pamiętać też należy o tym, że decyzja wydana przez niemiecki Trybunał Konstytucyjny wyklucza de facto ustalenia ewentualnych ogólnoeuropejskich "trwałych" mechanizmów ratunkowych dla strefy euro i każdorazowo decyzja rządu największego unijnego płatnika wymaga przyzwolenia Bundestagu.

Wszystko to rzutuje na zmiany w europejskiej bankowości. Akcje europejskich banków tracą na wartości z dnia na dzień (przeceny są bardzo dotkliwe). Ta sytuacja powtarza się od kilku tygodni. To jak powrót do 2008 r., kiedy to przecenie na giełdach przewodził właśnie sektor finansowy. Większość banków w USA, w Japonii i Europie posiada ogromne ekspozycje na grecki dług. Jeśli będą zmuszone do zaksięgowania poważnych strat na długu Grecji, sporo dużych banków, które są bardzo wysoko lewarowane, może nagle znaleźć się w poważnych opałach, z bankructwem włącznie. Ratingi największych banków w "zdrowych" obszarach Europy mogą wkrótce być obniżone. Przykładowo, nie milkną pogłoski o obniżeniu ratingów kilku dużych banków francuskich.

Większość dużych europejskich banków lewaruje się na potęgę i jest znacznie wystawiona na dług. Zanim w 2008 r. upadł bank Lehman Brothers, lewarował się w stosunku 31 do 1. Obecnie, największe niemieckie banki stosują dźwignię rzędu 32 do 1, a przy tym posiadają ogromne ilości europejskiej zadłużenia.

Spóźnione działania Europy 

W lipcowy euroszczyt podjął decyzję m.in. o zwiększeniu możliwości funduszu ratunkowego strefy euro (EFSF) tak, by mógł on dokapitalizowywać banki i skupować obligacje zadłużonych państw strefy euro z rynku wtórnego. Dopiero pod koniec października słowacki parlament podjął decyzję kończącą proces legislacyjny powołania tego mechanizmu. 

Czas zatwierdzania decyzji euroszczytu pokazuje niezdolność, w obecnych mechanizmach działania krajów strefy euro, czy wręcz całej UE, do szybkich, antykryzysowych działań. Wystarczy sobie wyobrazić jak toksyczna byłaby sytuacja, gdyby któryś z krajów nie ratyfikowałby EFSF, co oznaczałoby renegocjowanie pakietu ratunkowego.

Redukcja długu Grecji będzie miała wpływ na system bankowy. Wpływ ten będzie największy dla banków w Grecji. Na początek już zauważalna jest nieufność ludzi, mających poważne wątpliwości co do płynności swojego kraju. W Grecji depozyty już odpływają do Niemiec i banków w innych krajach. Szacuje się, że dla niemieckich i francuskich banków bezpośredni wpływ redukcji greckich długów będzie znacznie mniejszy. 

W końcówce października wydawało się, że wdrożone decyzje wsparcia dla Grecji i działań stabilizacyjnych w systemie bankowym uspokoiły rynki. Jednak grecki premier Andreas Papandreu zapowiedział 31 października referendum, w czasie którego głosujący wypowiedzą się w sprawie drugiego pakietu pomocy dla Aten. Nie podał terminu referendum, ani żadnych innych szczegółów. Była to swoista polityczna szarża odzyskiwania społecznego poparcia dla obecnych greckich władz i dramatycznego nacisku na poprawę warunków pakietu pomocowego.

Ogłoszenie przez premiera Grecji referendum ws. przyjęcia pakietu pomocowego i programu drastycznych oszczędności wywołało falę wyprzedaży akcji na światowych giełdach. Kursy największych europejskich banków runęły kilkanaście procent w dół. Grecja ogłaszając referendum zszokowała inwestorów. Indeksy na największych europejskich giełdach poleciały 4-5% w dół. Prawdziwe tąpniecie miało miejsce na parkiecie w Atenach, gdzie główny wskaźnik spadł o prawie 7%. Mocno poleciały kursy europejskich banków, które posiadają portfele greckich obligacji. Bankructwo Grecji oznaczałoby dla nich brak szans na odzyskanie zainwestowanej gotówki i, co za tym idzie, duże straty. Akcje francuskiego Societe Generale i BNP Paribas straciły na wartości odpowiednio 16% i 13%, a kurs włoskiego Unicredit zanurkował 12%.

Jeśli Grecy nie przyjęliby w plebiscycie pakietu pomocowego i planów drakońskich oszczędności, ryzyko powtórzenia się scenariusza a’la Lehman Brothers wzrosłoby drastycznie w skali europejskiej. Jeśli Grecja nie sięgnęłaby po pomoc i tej pomocy by nie uzyska, nie byłaby w stanie spłacić swych kredytów. Tym samym ten mały kraj na południu Europy spowodowałby falę uderzeniową za pomocą eurostrefy, która uderzyłaby w gospodarkę całego świata.

Na szczęście Gracy zadeklarowali, po niemiecko-francuskiej stanowczej odpowiedzi na pomysł Papandreu, że referendum się nie odbędzie. Co jednak wydarzy się każdego kolejnego dnia skoro sygnał po szczycie G20 jest czytelny – Europa musi się z własnymi długami uporać sama?

Sytuacja banków będzie zależeć od tego, jak rynek będzie postrzegać prawdopodobieństwo restrukturyzacji długów w państwach strefy euro. Restrukturyzacja taka jest związana ze stratami dla inwestorów (m.in. banków), którzy zakupili obligacje takich krajów.

Niedawno przewodniczący Komisji Europejskiej Jose Barroso zapowiedział plan skoordynowanej akcji rekapitalizacji banków UE. Międzynarodowy Fundusz Walutowy szacuje, że w największe banki w Europie trzeba wpompować ok. 200 mld euro. Ma to być skoordynowana akcja, która zabezpieczy banki przed bankructwem. Planuje się wyłączanie toksycznych aktywów, szybkie zwiększenia płynności banków do tego stopnia, by wskaźnik ich kapitału do udzielonych kredytów wzrósł z obecnych 5% do 7%, a docelowo nawet do 9%.

Unijna operacja rekapitalizacji banków, to bezpośrednia odpowiedź na przypadek belgijsko-francuskiego banku Dexia, który przeszedł lipcowe stress testy, a potem okazało się, że jest jednak bankrutem i musi zostać przejęty przez rząd Belgii. Problemy tego banku wynikają zasadniczo z niechęci innych banków, aby udzielać mu pożyczek z powodu jego ekspozycji na dług publiczny strefy euro. Bank ten ma problemy z kapitałem, nie ma kłopotów z płynnością, choć Dexia posiada dużo obligacji m.in. Grecji i Włoch.

Unijny nadzór bankowy EBA ponownie analizuje dane finansowe, przesłane przez banki. W lipcu testy oblało tylko 8 z 80 banków. Jednak, jeśliby przeprowadzić je ponownie, zakładając limit wskaźnika płynności na poziomie 7%, testów nie przeszłoby przynajmniej 40 banków. Najprawdopodobniej nowe analizy EBA po raz pierwszy odpowiedzą na pytanie, jaka byłaby kondycja banków po bankructwie Grecji. Do tej pory testy były zbyt łagodne i nie przewidywały czarnych scenariuszy, czyli upadku dłużników i głębokiej restrukturyzacji ich zadłużenia. Analitycy przypominają losy Allied Irish Bank, który pomyślnie przeszedł stress testy a zaraz potem został znacjonalizowany przez irlandzki rząd.

Banki i gospodarka 

Nie należy zapominać, że napięcia w bankach oznaczają wzrost wymagań przy przyznawaniu kredytów. Pieniądz staje się coraz droższy i mniej dostępny. W Europie odsetek odrzucanych wniosków małych i średnich firm o kredyt wzrósł w kryzysie czterokrotnie.

W 2007 r., kiedy nic nie zapowiadało jeszcze recesji w Unii Europejskiej. Eurostat zbadał skuteczność małych i średnich firm w ubieganiu się o kredyt. Okazało się wówczas, że statystyczny bank odrzucał tylko jeden wniosek kredytowy na 31 złożonych (wskaźnik wyniósł 3,2%). Trzy lata później Eurostat powtórzył badanie. Wyniki pokazują, że o kredyt jest dziś znacznie trudniej - odsetek odrzucanych wniosków urósł czterokrotnie. Z niczym z banku odchodzi już co ósma firma (12,9%). W Bułgarii - nawet co trzecia. Kłopoty kredytem mają też przedsiębiorcy z Irlandii i Łotwy, gdzie do kosza trafia jedna czwarta wniosków, oraz z Holandii i Litwy, gdzie odrzucany jest co piąty wniosek.

W Polsce banki (na tle innych krajów Europy) są zdrowe

Tego szoku uniknęła Polska. W naszych bankach nadal kredyty są stosunkowo łatwo dostępne. W czasie kryzysu tylko nieznacznie wzrósł odsetek odrzucanych wniosków. W 2007 r. z kwitkiem odchodziło 3,7% przedsiębiorców, a w 2010 r. było ich 4,3% Dziś o kredyt łatwiej tylko w Finlandii, na Cyprze i na Malcie. Oczywiście problem jest bardziej złożony, kiedy banki analizują wnioski z ryzykownych gałęzi gospodarki np. budownictwa mieszkaniowego, czy kredytów dewizowych.

Zdecydowana większość banków polskich funkcjonuje na solidnych podstawach - są dobrze skapitalizowane, mają zapewnione stabilne źródła finansowania i wykazują w ostatnich kwartałach bardzo wysoką zyskowność. Nawet jeśli niektóre z banków będą musiały ponieść koszty dużego zaangażowania w kredyty walutowe, to odbije się to na ich wynikach finansowych, ale nie ich stabilności. Ocenia się, że podjęte działania i wdrożone zalecenia Narodowego Banku Polskiego, Komisji Nadzoru Finansowego i Bankowego Funduszu Gwarancyjnego dobrze zabezpieczyły polski system bankowy. Mamy lepsze, niż gdzie indziej, makroekonomiczne otoczenie banków. W niezwykle skomplikowanym okresie dla finansów globalnych podjęto bowiem kilka bardzo istotnych działań, które przynajmniej do chwili obecnej uchroniły Polskę przed znalezieniem się w gorszej sytuacji. Do działań tych należało m.in. podniesienie poziomu gwarantowania depozytów bankowych w 2008 r. Stabilizujący efekt przynosiły także decyzje o sprzedaży środków z funduszy unijnych na rynku walutowym. Wspomagającą rolę odegrało przyjęcie elastycznej linii kredytowej MFW, a nawet podniesienie jej wartości w momencie odnowienia umowy. Ważne było przyspieszenie procesu prywatyzacji, bo przychody z tego tytułu zmniejszają potrzeby pożyczkowe państwa i wprowadzenie kotwic budżetowych.

To wszystko brzmi uspokajająco, ale nadal nie wiemy, z jaką siłą uderzy w nas greckie tsunami finansowe...

Fot. sxc.hu 

Autor jest posłem na Sejm VII kadencji z ramienia Polskiego Stronnictwa Ludowego, Wiceprzewodniczącym Sejmowej Komisji Infrastruktury oraz Wiceprzewodniczącym Sejmowej Komisji Innowacyjności i nowych technologii.

Czytany 7333 razy Ostatnio zmieniany czwartek, 30 październik 2014 00:04