wtorek, 13 październik 2009 06:58

Jan Filip Staniłko: Geopolityczne dylematy Polski

Oceń ten artykuł
(0 głosów)
  alt Jan Filip Staniłko   Polska jest krajem o świadomości małego narodu środkowoeuropejskiego, ale o wielkości, potencjale i dziedzictwie narodu dużego. Gospodarka polska po kryzysie gospodarczym jest już na szóstym miejscu w Unii Europejskiej, a w rankingu banku światowego jesteśmy 20 gospodarką świata wg nominalnego PKB.  
 
Jednocześnie kraj o takim potencjale nie potrafi określić swoich geopolitycznych priorytetów, nie chce i nie potrafi bronić swoich interesów i ma olbrzymie trudności z integracją działań państwa. O ile może nie budzić wątpliwości fakt posiadania przez Polskę elit intelektualnych i społecznych (kiepskich, ale własnych), o tyle niestety od 20 lat nie dorobiliśmy się prawdziwych elit państwowych. Ten segment elit - grupa ludzi z wykształcenia, zawodu i powołania zajmująca się i identyfikująca z funkcjonowaniem i interesami państwa - praktycznie nie istnieje.
 
Należy jednak pamiętać, że ta niezdolność do budowania swojej potęgi, integracji terytorium oraz egzekwowania swoich interesów na zewnątrz, wynika w dużej mierze z historycznych tąpnięć i spustoszeń, jakie spotkały Polskę w połowie XX w. W jeszcze głębszym sensie wynika z braku kulturowych zasobów do uprawiania polityki w ramach nowoczesnego państwa, którego nie mieliśmy systematycznie okazji budować, a ślady tych deficytów można znaleźć nawet już w XVII i XVIII w. Brak wyczucia globalizacji, notoryczna dezorientacja i zmitologizowanie było charakterystyczne dla polskiej polityki XIX w., ponieważ nie uprawiali jej politycy, lecz głównie intelektualiści.
 
Niestety również intelektualiści, tzw. opozycjoniści, zbudowali politykę polską po 1989 r., co skutkowało rażącą niekompetencją w zakresie reguł działania państwa, identyfikacji i egzekwowania należnych mu przywilejów, czy wreszcie ulegania modnym, ale kosztownym modom intelektualnym, czy to w zakresie gospodarki, czy polityki. Wskutek tego mamy do czynienia z notorycznym paraliżem działań polskiego państwa, które rozwija się bez dalekosiężnej strategii - jak to określa minister Boni - dryfując w nieokreślonym kierunku.
 
Zasoby kapitału intelektualnego, instytucjonalnego i gospodarczego, którymi dziś dysponujemy są bardzo skromne. Ktoś komu uda się trafnie określić polskie interesy strategiczne musi zmagać się z absurdalnie zantagonizowaną polityką partyjną, paraliżującym kompleksem niższości elit intelektualnych, zdziecinniałą opinią publiczną, a przede wszystkim sklerotycznym i źle opłacanym aparatem dyplomatycznym. Aparat ten nadal zdominowany jest przez absolwentów moskiewskiej MGiMO, którzy nie identyfikują się z najważniejszym polskim sojusznikiem, czyli USA. Aparat ten uwięziony jest w archaicznych procedurach, zamknięty na nowych ludzi a otwarty na krewnych już pracujących, niezdolny do energicznego działania wieloma kanałami jednocześnie a zasklepiony w wewnętrznych rozgrywkach. Tak jak polskim dyplomatom w ich funkcjonowaniu w obrębie polskiego MSZ przyświeca zasada „niewychylania się", tak można z dużą dozą słuszności powiedzieć, że zasada ta opisuje całą polską politykę zagraniczną.
 
Ta „doktryna niewychylania się" ma swoje źródła w tożsamości narodowej. Jako naród duży i stary myślimy o sobie jak o narodzie małym i młodym, wobec czego nasi sąsiedzi skutecznie stosują „zabiegi ograniczające" (np. poprzez opiniotwórcze media), grając naszymi kompleksami i wykorzystują fakt, że polskie elity myślą o państwie i polityce w sposób dziecinny. Ta doktryna jest jednak interpretacją czynników obiektywnych - jako jedyny w regionie kraj duży jesteśmy poważnym rywalem dużych krajów w UE i pozostajemy w pewnym sensie osamotnieni, wobec częstego braku oczywistych wspólnych interesów z małymi krajami regionu.
 
Obecnie w pewnym zakresie powracamy do dylematów znanych Polsce w XVIII wieku - jak zbudować silne państwo pomiędzy silnymi Niemcami, a nie-słabą Rosją? Geopolityczna konfiguracja naszego regionu ukształtowała się wyniku Wojny Północnej na początku XVIII w. Zadaniem wówczas nie zrealizowanym było ustanowienie podmiotu zdolnego do bycia partnerem dla zachodnich potęg (wówczas Francji i Anglii) na wschodzie Europy. W wyniku słabości ustrojowej i bardzo złej polityki Augusta II Sasa, tamtą batalię wygrały Rosja i Prusy - umiały bowiem szybciej zbudować silne państwo. Dziś, po 300 latach, zdołaliśmy przekroczyć wreszcie beznadziejny dylemat: Rosja, czy Niemcy. Nie zmienia to faktu, że Polska nie może dziś uniknąć konieczności mądrego wyboru hegemona, gwarantującego nam bezpieczeństwo.
 
W bardzo szerokim sensie są nim dla całego świata zachodniego USA. Nie zmienia to faktu, że trwałość i spoistość NATO nie jest dziś ugruntowana, a samo członkostwo bynajmniej nie zwalnia z budowania własnej potęgi. Sojusz jest bowiem silny siłą swoich członków i tak słaby jak najsłabsze jego ogniwo. W węższym i bardziej aktualnym sensie Polska musi zidentyfikować strategiczne sojusze odpowiadające jej bieżącym globalnym i regionalnym interesom. Obecny polski rząd wydaje się stawiać na najsilniejszego aktualnie hegemona naszego regionu - tj. Niemcy. Na Rosję nie stawia i w najbliższej przyszłości nie będzie stawiał raczej nikt. Na USA postawiliśmy niedawno (SLD i PiS), ale zostaliśmy po prostu zignorowani.
 
I. W poszukiwaniu hegemona
1. Czekając na Amerykanów
Polska leży na obszarze, o kontrolę nad którym od 300 lat walczą Niemcy i Rosja. Światowy hegemon - USA - nie jest obecnie zainteresowany kontrolą bezpośrednią i aktualnie ma inne problemy, wynikające w dużej mierze z niemożliwego do utrzymania modelu wzrostu gospodarczego ciągniętego przez konsumpcję [consuption-led growth] oraz dużej liczby konfliktów dyplomatycznych i militarnych w Azji.
 
Do niedawna hegemon globalny sprawował kontrolę nad regionem poprzez Niemcy. Po II wojnie światowej USA stawiały na swoich głównych w niej przeciwników - na Niemcy i Japonię - słusznie rozumując, że po wymuszonej demokratyzacji i złamaniu ich militaryzmu, kraje, które umiały rzucić wyzwanie światu, staną się hegemonami swoich regionów.
 
USA traktują Polskę i Europę Centralną w sposób klasycznie imperialny, jako oczywisty „zasób", grupę państw „genetycznie" im sprzyjających. W administracji amerykańskiej nie ma specjalistów od naszego regionu, ludzi mówiących po polsku, a rola tych, którzy zajmują się regionem nie jest w hierarchii Departamentu Stanu duża (poza do niedawna Matthew Bryzą). W naszym regionie państwami, które przykuwają uwagę Amerykanów są kraje bezpośrednio „ścierające" się z Rosją - czyli Ukraina i Gruzja. Jednak w obecnej sytuacji główne zainteresowanie USA przeniosło się na Azję: Chiny, Japonię, Koreę, Indie, Rosję, Iran, Afganistan. Generalnym problemem USA jest przy tym nadmiar interesów i kierunków uwagi - jest to wszak kraj z interesami w każdym miejscu świata - którymi niezwykle trudno jest zarządzać.
 
Polsko-amerykańska wymiana handlowa jest na relatywnie niskim poziomie, w stosunku do roli, jaką przypisujemy naszym relacjom. Amerykańska obecność gospodarcza w Polsce koncentruje się przede wszystkim w przemyśle zbrojeniowym (WSK Rzeszów, WSK Mielec), kosmetyczno-farmaceutycznym czy bankowym (ok. 9% sektora). USA są dopiero 5 inwestorem w Polsce, a wielkość inwestycji wynosi jedynie ok. $8 mld, choć jednocześnie stamtąd pochodzi druga największa ilość inwestorów - 142.
 
USA byłyby najmniej kosztownym hegemonem dla Polski, bo hegemonem dalekim. Ale musimy umieć im wytłumaczyć, dlaczego opłaca się im na nas stawiać - a to znaczy: „w nas inwestować". Polska musiałaby zatem umieć zainteresować USA samą sobą. To jest jednak niemożliwe. Obecność polskich naukowców na uniwersytetach i w think tankach amerykańskich jest marginalna, centrów studiów polskich na najważniejszych uniwersytetach praktycznie nie ma (nie ufundowało ich ani państwo, ani Polonia), Polonia w USA ma marginalny status - kwestia niskiej pozycji społecznej Polaków i bardzo słabej organizacji (szczególnie brak polsko-amerykańskiego Political Action Comitee, na wzór np. American-Israeli Political Action Comitee).
 

 
Z drugiej jednak strony, musimy być warci inwestowania w nas, a obecnie nie jesteśmy gotowi do bycia ważnym sojusznikiem USA. Naszym atutem pozostaje wciąż wyłącznie terytorium i gorliwość w uczestnictwie w misjach wojskowych o niejasnej wartości. Tarczę rakietową wzięliśmy z pocałowaniem ręki w czasie wojny gruzińskiej, mimo wojowniczej retoryki negocjacyjnej pełnego osobistych urazów ministra Sikorskiego. Po stronie przeszkód są:
 
a.       niejasna kwestia służb specjalnych i ich roli w życiu politycznym i medialnym,
 
b.      rozpadająca się sprzętowo i organizacyjnie mała armia ekspedycyjna,
 
c.       mało innowacyjna gospodarka zdominowana przez podmioty zagraniczne, pracujące na potrzeby swoich krajów,
 
d.      bardzo słaby sektor nauki.
 
Aby stać się poważnym sojusznikiem USA - co, jak twierdzi w swojej nowej książce dyrektor „Stratford" George Friedman, nastąpi niedługo z woli Ameryki - Polska musiałaby zepchnąć z tego fotela Niemcy lub być gotowa na dokonujące się obecnie powolne niemieckie wychodzenie z amerykańskiej kurateli. Oznacza to oczywiście, że wybór protektoratu niemieckiego niemal na pewno nie ułatwi nam tego zadania.
 
Aby zepchnąć z fotela głównego sojusznika USA w regionie Niemcy, Polska musiałaby stać się dla USA partnerem przynajmniej w stopniu zbliżonym równie atrakcyjnym. Jest to zadanie dziś niemal niewyobrażalne, co wynika z realnych słabości polskiej polityki i państwa. Poza tym, jako duży kraj ze wschodu w UE nie dzielimy wspólnych problemów z dużymi krajami zachodu, czy południa Europy. Stąd jedyną drogą do uzyskania silnej pozycji w UE jest zdobycie roli hegemona regionu - to zaś dokona się łatwiej, jeśli będą stały za nami USA. I odwrotnie, tylko jako hegemon regionu, Polska będzie dla USA atrakcyjna. Musimy dać Amerykanom szansę na zainwestowanie w naszą hegemoniczność. Aby stać się równie atrakcyjnym partnerem dla USA co Niemcy, Polska musi uzyskać porównywalną (niekoniecznie równą, czy większą) zdolność „akumulacji mocy", co państwo niemieckie. Oznacza to: a. silną naukę; b. silną armię obronną i sprawną ekspedycyjną; c. rozbudowane służby specjalne; d. silną gospodarkę - opartą na innowacyjnej przedsiębiorczości z dominacją sektora produkcyjnego, a nie usługowego; e. dobre skomunikowanie (drogi, porty, lotniska, koleje, rurociągi, mosty energetyczne, magistrale światłowodowe); f. bardzo kompetentny sektor strategiczno-zarządzający (głęboka analiza i decyzyjność).
 
2. Niemcy, czyli pogodzona z faktami, ale świadoma zależność
Niemcy są państwem, które po 50 latach wymuszonej, a później dobrowolnej podległości USA, aspiruje dziś do roli mocarstwa kwalifikowanego. Ta mocarstwowość przymiotnikowa (w latach 90. było to element „obywatelski" [Civilmacht]) jest oczywiście wynikiem przeszłych bolesnych doświadczeń z niemieckim imperializmem nacjonalistycznym.
 
Niemcy zaczęły uwalniać się spod kurateli USA w momencie wybuchu wojny irackiej, kiedy odmówiły uczestnictwa w jednostronnej agresji i „awanturniczej" inwazji. Doprowadziło to do odważniejszego zaangażowania w relacje z Rosją (wzmocnione germanofilią prezydenta Putina i oportunizmem kanclerza Schroedera). Paradoksalnie był to ruch mocno unilateralny, ignorujący zdanie krajów środkowoeuropejskich. Rosja postrzegana jest w Niemczech - podobnie jak w latach międzywojennych - jako zaplecze surowcowe niemieckiej gospodarki. Paradoksalnie nie oznacza to dobrego traktowania niemieckich inwestycji w Rosji, ponieważ niemieccy inwestorzy (w przeciwieństwie np. do Włochów z gazowych koncernów Eni i Enel) tradycyjnie ciężko znoszą rosyjską korupcję.
 
Źródłem potęgi Niemiec w Unii Europejskiej jest status największego płatnika, podmiotu definiującego kluczowe reżimy europejskie - takie jak strefa euro, status największej gospodarki europejskiej (największego sektora finansowego oraz najintensywniejszej industrializacji), największego eksportera w Europie, a nawet na świecie. Niemcy są państwem mającym kluczowy wpływ na kształt reguł i dynamiki integracji europejskiej. Przez ostatni wyrok trybunału konstytucyjnego w Karlsruhe ws. traktatu lizbońskiego przeziera przekonanie o tym, że instytucje europejskie są kanałami wywierania wpływu przez narodowe państwo niemieckie na całość wspólnoty oraz środkiem realizacji niemieckich interesów. Po wojnie Niemcy zdefiniowały swoją rolę jako rolę samoograniczonej potęgi [tamed power], tzn. reguły wspólnotowe były jednocześnie środkiem ograniczania Niemiec przez ich sąsiadów, jak i pokojowej projekcji ich potęgi na Europę.
 
Lata 90. są początkiem bardzo intensywnej ekspansji Niemiec na Europę Centralną. Dokonuje się ona jednocześnie wieloma kanałami - od ekspansji gospodarczej (poprzez uczestnictwo w prywatyzacjach i inwestycje greenfield, drugi inwestor w Polsce po Holandii, ok. 20 mld € zainwestowane przez 271 podmiotów gospodarczych), przez finansowanie życia intelektualnego i kulturalnego oraz pomoc w organizacji partii politycznych (np. Fides na Węgrzech albo partia Wladimira Mecziara na Słowacji). Większość najważniejszych polskich think tanków (Instytut Badań nad Gospodarką Rynkową, Instytut Spraw Publicznych, Centrum Stosunków Międzynarodowych, Forum Obywatelskiego Rozwoju itp.) nie mogłaby przetrwać bez stałej dotacji z budżetu państwa niemieckiego, przekazywanych im poprzez bardzo aktywną w Polsce Fundację Adenauera (CDU/CSU). Jest to bardzo mądra inwestycja w budowanie elit, analogiczna do tej, której dokonali Amerykanie fundując w latach 80. hojne stypendia Fulbrighta młodym polskim aparatczykom, a późniejszym liderom SLD.
 
Wpływ Niemiec na Polskę i ogólnie na Europę Środkową jest tym silniejszy, że niemiecki model kapitalizmu cechuje się w stopniu niespotykanym chyba nigdzie indziej zdolnością koordynacji i partnerstwem gospodarczo-państwowym. Gospodarka niemiecka jest w bardzo niskim stopniu spenetrowana przez kapitał zagraniczny, z bardzo dużym udziałem przedsiębiorstw rodzinnych oraz podmiotów spółdzielczych i publicznych. Niemieckie przedsiębiorstwa inwestujące w Polsce robią to za pośrednictwem niemieckich banków, niemieckich poddostawców, promując i dystrybuując niemieckie produkty. Innymi słowy zatem, Niemcy są krajem cechującym się bardzo intensywnym praktycznym (np. gospodarczym) nacjonalizmem. Dopiero od niedawna ta dyskursywno-instytucjonalna więź narodowa jest kształtowana i wzmacniana w kierunku budowania dumy za pomocą środków symbolicznych (np. muzeów i filmów).
 
Niemcy - podobnie jak przed wojną - są najważniejszym partnerem handlowym Polski. Tym razem jednak już nie tylko jako odbiorca eksportu z Polski (ok. 30%), ale i źródło importu (ok. 25%). W dużej mierze jest to oczywiście wymiana generowana przez niemiecki off-shoring - niemieckie inwestycje bazujące na taniej polskiej sile roboczej (5 razy tańszej niż niemiecka). Na liście największych polskich eksporterów znajduje się jedynie kilka dużych przedsiębiorstw niemieckich (np. Volkswagen, MAN, w pewnej sensie także Opel), ale gros polskiego eksportu do Niemiec realizują przedsiębiorstwa średnie. Niemcy tradycyjnie są również głównym kierunkiem polskiej migracji za pracą.
 
Infrastrukturalnie i komunikacyjnie ta część Polski, która wcześniej była częścią Cesarstwa Niemieckiego jest wyraźnie lepiej rozwinięta od pozostałych terytoriów. Dotyczy to szlaków komunikacyjnych (kolei, dróg, dróg wodnych) jak i ogólnego poziomu infrastruktury publicznej i prywatnej (wodociągi, kanalizacja, a nawet ubikacje w domach). W wypadku terenów odebranym Niemcom po II wojnie światowej komunikacja z dawną stolicą (Berlinem) jest nadal lepsza niż z nową (Warszawą).  (W tym też sensie „odzyskanie" Śląska i Pomorza Zachodniego po II wojnie światowej było dla Polski gospodarczym awansem) W tej sytuacji - czy się nam to podoba, czy nie - Niemcy są najistotniejszym państwem dla polskiej geopolityki. Tego faktu nie wolno ignorować, czy bagatelizować, ale należy to gruntownie zrozumieć i wyciągnąć głębokie wnioski.
 
Paradoksalnie jednak, wbrew pozornej oczywistości, ten olbrzymi wpływ Niemiec na polską politykę zagraniczną i życie publiczne pozostaje swoistym tabu i jest relatywnie mało rozpoznany. Dobrym przykładem tego jest nie budząca szczególnych kontrowersji w Polsce niemiecka własność w mediach - największy tabloid, trzeci dziennik opiniotwórczy, cała niemal prasa lokalna i magazyny kolorowe, spory procent stacji radiowych. Jest to przy tym wpływ bardzo dyskretny, dokonujący się w sposób nienachalny, głównie poprzez organizowanie komunikacji i promocję idei. Również znajomość Niemiec (i języka niemieckiego) jest w Polsce bardzo niska. Nie zauważyliśmy nawet, że zainteresowanie naukowe Polską w Niemczech dalece przewyższyło zainteresowanie Niemcami w Polsce.
 

 
W tej sytuacji zupełnie rozsądną opcją wydaje się wypracowanie koncepcji mądrego rozwoju zależnego. Oczywistym warunkiem jest tu określenie własnego interesu, następnie określenie warunków brzegowych takiej zależności oraz intensywna inwestycja w wiedzę o Polsce i wizerunek Polski w Niemczech. Ostatecznie scenariusz ten powinien określać (funkcjonalnie, a nie czasowo) moment i warunki wychodzenia z takiej zależności. Istotą zgody na zależny rozwój powinien być rekompensujący jego koszty patronat i powolne przechodzenie do stosunków partnerskich (np. wprowadzenie Polski do koncernu EADS).
 
Jest to jednak scenariusz niesłychanie trudny ze względu na bariery mentalne, kulturowe, gospodarcze, czy wreszcie polityczne. Niemcy przyzwyczajone są - w dużej mierze słusznie - do polskiej spolegliwości, a wszelkie warunki stawiane stanowczo odbierają ze zdziwieniem. Strategia wiązania się z Niemcami musiałaby iść w parze ze zdolnością do wykorzystania tej zależności także dla naszych interesów, czyli posiadania woli i możliwości wpływu na posunięcia rządu w Berlinie. Niemcy realizując swoje interesy musieliby być skłonni uzgadniać je z Polską, Polska, aby korzystać na zależności wobec Niemiec, musiałaby być zdolną do przyciągania ich uwagi.
 
Co więcej, nie wiadomo, czy same Niemcy są gotowe na taką formułę relacji. Niemiecka polityka nie ma tradycji dobroczynnej dominacji i współpracy w rozwoju, podobnej do tej, którą posiadają Amerykanie. Gospodarczy i społeczny model niemiecki jest niezrównoważony - gospodarka zbytnio opiera się na eksporcie, państwo oferuje demoralizujące przywileje socjalne (np. wcześniejsze emerytury), a społeczeństwo szybko się starzeje, wystawiając na ciężką próbę system ochrony zdrowia. W związku z tym niemieccy konsumenci wydają i będą wydawać mało, dużo oszczędzając. Wreszcie, Polska jest dużym krajem - bliskim i relatywnie biednym - podmiotowe podejście do Polski może być po prostu zbyt kosztowne dla Niemiec.
 
Pod opieką biurokracji europejskiej
Jeżeli wierzyć Jadwidze Staniszkis, Traktat Lizboński proponuje nową postpolityczną formułę integracji europejskiej zmierzającą do efektywnego zarządzania złożonością w ramach wspólnych warunków brzegowych (wspólnych norm i wartości), ale hierarchizowanych i interpretowanych lokalnie. Ma się to dokonywać poprzez wprowadzenie ekonomii norm, różnorodne formy obowiązywania prawa oraz zastosowanie procedur nie tylko w funkcji kontrolnej, ale i poznawczej. Komisja Europejska ma uzyskać status dysponującego sankcjami i hamulcami arbitra, czyli status realnego ośrodka władzy. Wreszcie nacisk na spójność ma być realizowany nie poprzez uniformizację regulacji, ale raczej regulację samoregulacji, czyli uspójnienie działań poszczególnych biurokracji narodowych z biurokracją europejską tak, aby były one bardziej zbieżne i przewidywalne. Jeszcze niedawno Jadwiga Staniszkis twierdziła, że KE uzyska status ośrodka zdolnego być protektorem słabszych państw, takich jak Polska, wobec państw najsilniejszych, takich jak Niemcy.
 
Jednak obecna „nicejska" Unia Europejska w wyniku kryzysu przeżywa nawrót do dominacji formuły międzyrządowej, odtwarzającej klasyczną hierarchię państw i odwrót od solidarnościowych mechanizmów ponadrządowych. Kryzys uwidocznił zasadnicze słabości UE - niewielki budżet, a stąd niewielkie możliwości polityki popytowej oraz słabość polityczną KE, o której każdorazowym składzie decydują rządy państw narodowych, czy wreszcie pułapkę budowania swojej władzy poprzez akumulację dużej ilości „pustej i uciążliwej" władzy regulacyjnej, która zasadniczo zmniejsza lokalną efektywność i elastyczność działań.
 
Problem z jakimkolwiek innowacyjnym traktatem, który będzie rozpraszał i mediatyzował siłę poszczególnych suwerenności państw członkowskich - czy to poprzez elastyczną procedurę, różnorodne formy obowiązywania prawa, lub arbitraż Komisji Europejskiej - polega na tym, że Unia Europejska od zawsze była i jest mechanizmem reprezentacji interesów narodowych. Zatem stosowanie najbardziej subtelnych rozwiązań ustrojowych, interpretacja procedury lub zastosowanie danej normy zawsze zależeć będzie od ludzi o określonej narodowości, namawianych do wsparcia interesu ich kraju lub osłabiania interesów z nim sprzecznych. Wspomniane rozstrzygnięcie niemieckiego trybunału konstytucyjnego oraz zupełne zignorowanie przez Niemcy wyroku ETS nakazującego pozbycie się landowi Dolnej Saksonii „złotej akcji" w Volkswagenie pokazuje, że instytucje Unii Europejskiej nie mają żadnych szans w starciu z silnym suwerennym państwem.
 
Kryzys ujawnia szczególną naturę Unii Europejskiej. Jest ona instytucją ponad- i międzyrządową jednocześnie. W okresach stabilizacji dominuje raczej Komisja Europejska (oczywiście jej dominującą rola jest wpisana w prawo Unijne), natomiast w okresach zaburzeń ujawnia się siła poszczególnych suwerenności - siła poszczególnych państw narodowych. Nawet jeśli suwerenność państw narodowych ma dziś w Europie charakter niepełny, to nie znaczy to, że zanika myślenie w kategoriach interesu narodowego. Dzięki umiejętności operowania władzą strukturalną - czyli zdolności kształtowania a następnie kontroli stosowania lub zawieszenia obowiązywania wspólnotowych norm - poszczególne państwa są w stanie uzupełniać ubytki suwerenności na poziomie państwa narodowego, „przechwytując" ją na poziomie europejskim.
 
Komisja Europejska ratuje i będzie ratować swoją wiarygodność i pozycję strażnika reguł wspólnego rynku kosztem państw o słabej suwerenności i dużej zależności finansowej od funduszy unijnych. Położone wysoko w hierarchii duże państwa będą wymuszać na Komisji korzystne dla siebie działania lub rozwiązania, a koszt zachowania pozorów aktywności zostanie przeniesiony na państwa położone niżej w hierarchii. Należy pamiętać, że interpretacja europejskiego prawa, stwierdzenie zaistnienia określonych faktów, przyjęcie ich do wiadomości często jest wynikiem głosowania w Radzie Europejskiej, a zatem podlegać może logice nacisków i tymczasowych kompromisów.
 
W tak skomplikowanym otoczeniu jedyną możliwą dla Polski strategią skutecznego działania jest budowanie zdolności do analizy wielowymiarowych powiązań interesów, wprowadzanie dużej ilości lojalnych urzędników wysokiego szczebla do Komisji oraz odejście od akcesyjnej formuły integracji streszczającej się w formule „korzystne dla starych członków reguły, za okresy przejściowe i rekompensaty finansowe dla nowych". Przede wszystkim zaś najistotniejsza jest budowa zintegrowanej, lojalnej wobec polityków i zdolnej do określania interesu narodowego biurokracji krajowej, sprawnie negocjującej z Komisją Europejską i kompetentnie planującej działania polskiego państwa.
 
W obecnym kryzysie, kolejny raz ujawniła się słabość polskiej suwerenności oraz bardzo niewielki potencjał kapitału intelektualnego ucieleśnionego w klasie politycznej, a kluczowego dla zdolności rozumienia władzy strukturalnej. Polscy politycy (przede wszystkim Donald Tusk) gotowi są poświęcać niesłychanie kosztowne reguły w imię budowania „pluszowego" wizerunku Polski w Europie, unikania konfliktu lub po prostu z powodu braku świadomości ich niezgodności z długofalowym polskim interesem. Zdolność do formułowania własnych interesów jest w Unii umiejętnością kluczową i zdecydowanie nadrzędną wobec budowania trwałych partnerstw i sojuszy z poszczególnymi państwami.
 
Silnie zidentyfikowane na własne priorytety członkostwo w UE w dużej mierze łagodziłoby skutki niekorzystnego położenia geopolitycznego (zwłaszcza od strony Niemiec). UE daje dużo instrumentów i dźwigni, które można wykorzystać w ograniczaniu przewagi niemieckiej nad Polską. Jeżeli tylko chce się i umie z nich korzystać. Zatem wyraźne postawienie na Unię Europejską wymaga dużo większej sprawność w wykorzystywaniu unijnych instrumentów do budowania warunków rozwoju - przede wszystkim oparcia budowy innowacyjnej gospodarki o współpracę z gospodarkami europejskimi, wysokiego i ukierunkowanego wykorzystania europejskich funduszy na badania naukowe.
 
Niezależnie od wyboru hegemona, ale szczególnie w scenariuszu „unijnym", Polska musi zbudować kilka narodowych lub regionalnych grup finansowych (PKO BP++PZU) i koncernów (polsko-czeski, PGE+CEZ lub polsko-węgierski, Orlen+MOL) o europejskim zasięgu działania. Niestety, mimo że w tzw. nowo-uprzemysłowionych krajach - a do takich należy zaliczyć Polskę - udawało się to dotąd tylko z pomocą państwa, w naszym kraju jest to doktrynalnie naganne. Obowiązuje bowiem dogmat o „dokończeniu prywatyzacji" skutecznie podtrzymywany przez Leszka Balcerowicza i jego wielbicieli, a realizowany obecnie przez ministra Aleksandra Grada. Zwolennicy tego dogmatu powinni wyjaśnić, jakim cudem w formie przez nich głoszonej, nie obowiązuje on w żadnym kraju kontynentalnej Europy, a na świecie zrealizowano go chyba jedynie w krajach anglosaskich.
 

 
Postawienie na UE nie oznacza jednak konieczności szybkiego wejścia do strefy euro. Taki ruch wspiera główny beneficjent istnienia euro, czyli sektor finansowy, a ten jest w Polsce w ok. 70% kontrolowany przez kapitał zagraniczny. Tymczasem sektor trwale budujący rozwój gospodarczy - czyli zaawansowany sektor produkcyjny - rozwija się w Polsce najlepiej w sytuacji wysokiego kursu €, kiedy lubiący towary importowane konsument polski przestawia się na tańsze lokalne zamienniki, a eksport jest szczególnie opłacalny. Wówczas również każde € z funduszy strukturalnych jest więcej warte. Jedyny koszt tego stanu to utrudnienie taniej konsumpcji, co w gospodarce o tak wysokiej potrzebie inwestycji i budowania oszczędności, jak polska trudno uznać za szkodliwe.
 
Największym magnesem przyciągającym Polaków do strefy euro jest zatem przede wszystkim kulturowo uwarunkowane zbiorowe pragnienie „bycia w klubie" oraz pragnienie taniej konsumpcji na poziomie zbliżonym do zachodniego, najczęściej jednak konsumpcji w oparciu o dobra z importu. Rzeczywiście istotną barierą rozwojową dla polskiej gospodarki w jej obecnym kształcie może być niedobór kapitału w lokalnych instytucjach finansowych, ale problem ten rozwiązać należy poprzez rozbudowę lokalnych instytucji oszczędnościowo-kredytowych oraz inteligentną politykę banku centralnego (tzw. operacje repo). Po kryzysie kredyt w strefie euro nie będzie tani, bowiem albo rządy nakładać będą podatek inflacyjny, by zmniejszyć swoje zadłużenie, albo będą je rolować zbierając pieniądze z rynku.
 
Pospieszne wchodzenie do strefy euro bez skutecznych reform finansów publicznych może tylko wprowadzić nas na ścieżkę Włoch, czyli pchać nas w wielki i tanio finansowany dług publiczny lub Hiszpanii, tj. olbrzymi deficyt na rachunku bieżącym oraz bańkę w sektorze nieruchomości. Warunkiem koniecznym dla wejście do strefy euro jest przede wszystkim zbieżność amplitudy cykli koniunkturalnych, a ta przy różnicy 50% PKB jeszcze długo nie zostanie osiągnięta.
 
Podsumowując, scenariusz hegemonii unijnej jest dużo bardziej wymagający niż dwa wcześniejsze, ponieważ wymaga bardzo wysokiego poziomu kompetencji, autonomii decyzyjnej, samosterowności i elastyczności działania. Również wszystkie wymienione powyżej warunki „akumulacji mocy" i innowacyjności muszą być spełnione w najwyższym stopniu. Niezależnie jednak od tego, który hegemon okazałby się najlepszy, bez konsolidacji państwa polskiego i zdolności sterowania samym sobą, wszystkie te scenariusze są nie do zrealizowania.
 
II. W Poszukiwaniu sojuszników
Skandynawia i kraje nadbałtyckie
W obliczu wyraźnego zbliżenia się Rosji i Niemiec - zarówno gospodarczego, jak i w konsekwencji politycznego - kluczowym partnerem Polski w obszarze Morza Bałtyckiego muszą być państwa skandynawskie, a szczególnie Szwecja.
 
Są to państwa relatywnie mało ludne, posiadające jednak bardzo innowacyjną gospodarkę, generującą duże nadwyżki handlowe; silne narodowe grupy przemysłowe (Volvo, Saab, Vattenfall, Ikea, Ericsson, Nokia, Statoil, NorskHydro) i finansowe (Swedbank, Nordea). Państwa skandynawskie mają sceptyczny stosunek do Rosji, sporą grupę bardzo dobrych znawców polityki rosyjskiej, co prowadzi do trzeźwej oceny jej dalekosiężnych celów.
 
Średnioterminowym celem geopolitycznym Polski powinno być doprowadzenie do zasadniczego ograniczenia ruchu tankowców rosyjskich w cieśninach skandynawskich, poprzez obostrzenia ekologiczne, analogiczne do obowiązujących dziś w cieśninach tureckich. Ich ruch wzrośnie wyraźnie w najbliższych latach po oddaniu do użytku ogromnego portu przeładunkowego w Primorsku koło Petersburga. Ograniczenie ruchu w Cieśninach Skandynawskich zmusi Rosjan do utrzymywania transportu ropy do Europy Zachodniej rurociągami biegnącymi przez Polskę. Alternatywą jest oczywiście długi transport dookoła półwyspu kolskiego lub budowa kolejnego superkosztownego rurociągu podmorskiego, która obarczona jest balastem szkód ekologicznych.
 
Skandynawia powinna być dla Polski wzorem do naśladowania i źródłem doświadczeń z zakresu nowoczesnej edukacji i szkolnictwa wyższego, sektora innowacyjnego oraz czystych technologii oraz czystej energetyki. Szwecja może być także dla Polski partnerem w budowaniu regionalnego koszyka walut europejskich, będącego regionalną alternatywą wobec euro. Zważywszy na poważne napięcia czekające w najbliższych dekadach strefę euro, wynikające zarówno ze skutków kryzysu, kiepskich perspektyw rozwojowych, ale także jej nieoptymalnego charakteru, jako obszaru walutowego (optymalny obszar tworzą jedynie Niemcy, Benelux, Francja i północne Włochy) perspektywa pozostawania poza nią powinna być dla Polski opcją standardową. W tej sytuacji wzmacnianie wiarygodności waluty przez jakieś powiązanie jej ze szwedzką koroną byłoby rozwiązaniem odważnym, ale i obopólnie korzystnym.
 
Kraje skandynawskie wreszcie są i raczej pozostaną głównymi partnerami i patronami krajów nadbałtyckich z racji choćby związków kulturowych a także silnych powiązań finansowych. Polska bez zaproponowania atrakcyjnej formuły zbliżającej kraje nadbałtyckie do siebie nie może liczyć na powiększenie wpływów w regionie. Przegra bowiem nie tylko z państwami skandynawskimi ale i z Rosją (wszak w tym celu budowana jest dziś elektrownia atomowa w Kaliningradzie). Kluczem do powiązania państw nadbałtyckich z Polską - oprócz polityki historycznej odwołującej się do geopolitycznego dziedzictwa I Rzeczpospolitej - jest silna obecność Orlenu na ich rynkach, a przede wszystkim jak najszybsza budowa elektrowni atomowej w Ignalinie oraz autostrady i linii kolejowej z Tallina przez Rygę, Wilno, Białystok, Warszawę, Wrocław do Pragi.
 
Gruzja, Ukraina Azerbejdżan, Mołdawia
Jest to obecnie jedyny relatywnie dobrze funkcjonujący kierunek polskiej polityki zagranicznej. Integracja państw opasujących od południa Rosję i wprowadzanie ich w strefę wpływów Unii Europejskiej jest podstawowym obowiązkiem geopolitycznym Polski. Utrzymanie niezależności Ukrainy, oraz jedynego obecnie wolnego od rosyjskiej kontroli kanału transportowego z Morza Kaspijskiego przez Kaukaz do Morza Czarnego jest minimalnym warunkiem zapobiegania monopolowi geopolitycznemu Rosji na wchód od Europy. Konkretnym krótkookresowym celem polskiej polityki na tym kierunku jest pomyślne zakończenie budowy rurociągu Odessa-Brody-Płock i rozpoczęcie transportu ropy azerskiej, a w najbliższej przyszłości również Kazachskiej, do Polski przez Morze Czarne. Inny infrastrukturalny warunek skutecznego działania na osi w kierunku Baku, to doprowadzenie do granicy wschodniej autostrady A4 a następnie wpieranie połączenia z polskim systemem komunikacyjnym Kijowa i Odessy.
 
Średniookresowo konieczne będzie doprowadzenie do otwarcia Mołdawii perspektywy członkostwa w Unii Europejskiej - czy to jako niepodległego państwa, czy to poprzez inkorporację do Rumunii. Oczywiście będzie to bardzo trudnym zadaniem w związku z zamrożonym konfliktem w Naddniestrzu.
 
Najtrudniejszym wyzwaniem stojącym przed Polską w najbliższych latach będzie powstrzymanie Rosji przed zajęciem Gruzji oraz pomoc w utrzymaniu na powierzchni ukraińskiej gospodarki a nawet państwa w czasie obecnego kryzysu i po nim. W ciągu najbliższej dekady Ukrainę czekają niebywale trudne problemy w relacjach z Rosją dotyczące transportu gazu do Europy oraz statusu Krymu. Biorąc pod uwagę masę i bezwład tego państwa, jego kulturowo-językowy podział, problemy na Ukrainie - państwie dla bezpieczeństwa Polski kluczowym - nie będą możliwe do rozwiązania bez zaangażowania zasobów politycznych i finansowych Unii Europejskiej i Stanów Zjednoczonych. Oznacza to, że Polska musi współkształtować działania tych podmiotów, czyli aktywnie uczestniczyć w podejmowaniu przez nie decyzji dotyczących tego regionu.
 

 
Nie ma oczywiście wątpliwości, że jest to obecnie kluczowy front rozgrywki między Polską a Rosją, a zatem przeciwnikiem z absolutnie najwyższej geopolitycznej półki. Powodzenie w tej rozgrywce wymaga zatem stałego zaangażowania dyplomatycznego, dużej cierpliwości i nieustępliwości, bardzo dużych inwestycji w obecność kulturalną, szczególnie sponsorowania atrakcyjnych kontrpropozycji wobec rosyjskiej polityki historycznej (widowiskowe filmy historyczne, prace popularyzatorskie), a zatem ostatecznie tego, co jest w Polsce dotąd trudne do osiągnięcia - tj. zachowania ciągłości polityki.
 
Rumunia i Czechy
Rumunia powinna być głównym partnerem Polski w europejskiej polityce Morza Czarnego. Jest to jedyny porównywalny wielkościowo do Polski kraj Europy Środkowej, dzielący z nami wiele problemów regionalnego niedorozwoju, o podobnej strukturze gospodarki, czy trudnościach w rozliczaniu się z przeszłością. Jest to zatem cenny sojusznik w istotnych dla tej części Europy głosowaniach w Unii Europejskiej - np. dotyczących kierunków i zasad dystrybucji funduszy strukturalnych. Niebagatelną rolę grałoby także silne rumuńskie zaangażowanie w Mołdawii. Z kolei Czechy są obecnie naszym najbliższym partnerem politycznym w Unii. Jednym z prawdopodobnie największych błędów polskiej polityki zagranicznej przed II wojną światową był brak sojuszu Polski z Czechosłowacją. Obecnie Czechy - kraj podobnie do nas gospodarczo uzależniony od Niemiec - są jedynym obok Polski krajem Europy Centralnej, w którym polityczne wpływy Niemiec (czyli np. finansowe zaangażowanie w życie polityczne) są stosunkowo niewielkie. Przedsięwzięciem, które na trwałe może połączyć nasze państwa byłaby np. fuzja dwóch największych koncernów energetycznych naszego regionu czyli CEZ i PGE. Konieczne jest także bezpośrednie autostradowe i kolejowe połączenie Pragi i Warszawy. Docelowo również to polsko-czeski interkonektor gazowy pozwoli nam korzystać z gazu transportowanego z Azji Centralnej i Iranu do Europy Środkowej gazociągami Nabucco.
 
Kraje naszego regionu będą jeszcze długo zainteresowane utrzymywaniem hojnej pomocy finansowej w ramach solidarności europejskiej. Należy pamiętać, że w latach pokryzysowych będzie rosnąć w Unii Europejskiej tendencja do zmian w polityce spójności, zapowiadana choćby przez propozycje zawarte w „Raporcie Barca" i który proponuje m.in. (a.) szczególną koncentrację na 4-6 priorytetach (innowacje, klimat, migracje, dzieci, starzenie się, umiejętności), (b.) uzależnianie ponadstandardowego finansowania od przestrzegania Paktu Stabilności i Rozwoju (reżim euro) oraz (c.) generowania największej wartości dodanej. Zrodzi to oczywiście polityczny problem definiowania tego, co jest priorytetem, określenie metodologii szacowania tej wartości dodanej oraz preferować będzie kraje o sprawnej i efektywnej biurokracji.
 
Polska powinna dążyć do budowania pozycji lidera Europy Środkowej w Unii Europejskiej w oparciu o polityczną reprezentację i koordynację polityki zagranicznej z krajami wobec Rosji sceptycznymi, czyli przede wszystkim krajami bałtyckimi, Czechami i Rumunią (status Węgier i Bułgarii jest niepewny). Aby to osiągnąć, musimy dążyć do osiągnięcia statusu jednego z 5 najważniejszych i najbardziej wpływowych krajów UE, a jednocześnie z dużą uwagą wsłuchiwać się w głos swoich małych sąsiadów. Podstawowy problem leży w tym, że cele te nie zawsze idą ze sobą parze. Utrzymywanie politycznej „nadwagi" przez Polskę w UE - co daje nam traktat nicejski - wymagać będzie poparcia małych krajów naszego regionu, ale jednocześnie może być sprzeczne z próbami obrony generalnej ustrojowej preferencji dla krajów mniejszych w ustroju Unii.
 
Wyraźna dysproporcja wielkości Polski i państw naszego regionu wg spiskowej teorii jest efektem wspierania rozpadu takich państw jak Czechosłowacja i Jugosławia przez Niemcy na początku lat 90. Nawet jeśli teoria ta nie jest prawdziwa, nie ulega wątpliwości, że takie „rozdrobnienie" sprzyjało dominacji Niemiec w regionie. Dopiero osiągnięcie przez Polskę pozycji jednego z filarów Unii Europejskiej pozwoli stworzyć alternatywę dla wpływów Niemiec i ułatwi akceptację mniejszym państwom patronatu Polski.
 
Turcja, Iran i Morze Kaspijskie:
Naturalnym przedłużeniem polskich interesów w basenie Morza Czarnego jest rejon Morza Kaspijskiego. Trzeba jasno stwierdzić, że w XXI w. kluczowym państwem dla strategicznego (energetycznego) bezpieczeństwa Polski i Europy będzie Iran i Turkmenistan. Na krótki okres rozwiązaniem jest gaz norweski, ale wraz z głębszą i dalszą eksploracją jego cena będzie gwałtownie rosnąć. Przede wszystkim jednak należy rozumieć, że otwarcie Iranu oderwie od Rosji całą Azję Centralną i otworzy ją dla Europy i Indii. To jest oczywiście przyczyną rosyjskiego zaangażowania w program atomowy Iranu, co ma przeciwdziałać wszelkim irańsko-zachodnim porozumieniom.
 
Główny polski problem z większym zaangażowaniem w Iranie to lęk przed reakcją USA, Izraela oraz lobby izraelskiego w USA. Nie zmienia to jednak faktu, że USA właściwie przegrały już konfrontację z Iranem, choć pogodzenie się z tym stanem rzeczy zajmie im jeszcze sporo czasu. Usunęły mu wszak spod granic dwóch największych wrogów - Saddama Husseina oraz talibów w Afganistanie. Iran jest - wbrew pozorom - państwem bardzo pragmatycznym, największą siłą militarną w regionie. Irański program atomowy jest wynikiem dość obsesyjnego dążenia tego państwa do uzyskania maksymalnej swobody w polityce międzynarodowej. Jest zatem tylko środkiem do zbudowania regionalnego imperium szyickiego i uzyskania statusu patrona Mekki, co w sposób oczywisty konfliktuje Iran z dzisiejszymi sojusznikami USA - Saudami. Mimo oficjalnej wrogości, Amerykanie od 3 lat prowadzą cichy dialog z Iranem i to dzięki temu udało się im ustabilizować sytuację w Iraku.
 
Choć dziś wydaje się to co najwyżej mrzonką, nagłe odwrócenie sojuszy na bliskim wschodzie z USA-Saudowie na USA-Iran jest możliwe, zaraz po tym, jak Palestyńczycy zaakceptują na trwałe jakiś kompromis z Izraelem. Jeśli Izrael osiągnie kompromis z Palestyńczykami - USA i Iran zostaną jego gwarantami. Wówczas Imperium Perskie będzie największą siłą na Bliskim Wschodzie i zaistnieją warunki do logicznego zwrotu geopolitycznego USA. Polska powinna być na to przygotowana!
 
Rozumieją to niektóre państwa europejskie. Polska musiałaby jak najszybciej pójść śladem Niemiec, Francji i Austrii i zacząć duże inwestycje w Iranie i Turkmenistanie w sektorze gazowym. A także lobbować za gazociągiem Nabucco i wspierać politycznie jego powstanie. Gaz do gazociągu Nabucco w jego pełnej dwunitkowej wersji może dostarczyć tylko producent o możliwościach Turkmenistanu lub Iranu.
 
Dlatego wyciągnięcie Turkmenistanu z orbity wpływów rosyjskich, w czym obecnie pomagają sami Rosjanie prowadząc z nim wojnę cenową, może dla Rosji mieć katastrofalne skutki. Od kilku już bowiem lat Rosja nie jest w stanie zwiększać wydobycia gazu ze swoich złóż i niedobory uzupełnia dokupując jego duże ilości po bardzo niskich cenach w Azji Centralnej i reeksportując go z wielką marżą. Należy zatem kontynuować i rozszerzać działania dyplomatyczne w postsowieckiej Azji Centralnej, zapoczątkowane za czasów rządów PiS (dopiero wówczas Polska otwarła ambasadę w Aszgabadzie).
 
Jednak krajem, bez którego współpracy i życzliwości całe to strategiczne zbliżenie Azji Centralnej będzie niemożliwe jest oczywiście Turcja. W ostatnich latach kraj ten przechodzi dynamiczne i bardzo istotne zmiany. Po pierwsze, stopniowo zreinterpretowany został model świeckości państwa tureckiego, wskutek czego do władzy doszła partia islamska. Jednak nie należy oczekiwać, by Turcja stała się nowym Iranem. Raczej może dojść do restauracji jakiejś narodowej idei imperialnej, czego świadectwem może być wyznaczenie twórcy ideologii neoosmańskiej na tureckiego ministra spraw zagranicznych.
 
Po drugie, od kilku już lat intensyfikuje się wymiana handlowa i kontakty polityczne między Turcją a Rosją. Skutkiem tego w Turcji pojawiły się głosy zniechęcenia wobec nieskończenie długiego oczekiwania na europejską akcesję i pomysły uczynienia z Turcji wielkiego hubu gazowego u wrót Europy, zbierającego gaz z Rosji, Azerbejdżanu, Iranu i Turkmenistanu i sprzedawania go po odpowiednio wysokiej cenie. Oznaczałoby to ni mniej ni więcej stworzenie kartelu gazowego z Rosją kosztem całej Unii Europejskiej!
 

 
Zatem w interesie Polski leży znalezienie atrakcyjnej dla Unii i Turcji formuły integracyjnej, utrzymanie tureckiego zaangażowania w projekty infrastrukturalne w Gruzji i Azerbejdżanie (kolej i rurociągi), używanie Turcji jako pośrednika w trudnych relacjach Iranu z europejskim Zachodem oraz zminimalizowanie tureckiej życzliwości wobec rosyjskich projektów energetycznych w obrębie Morza Czarnego. Turcja jest też jedynym krajem NATO zdolnym do szybkiej interwencji (lub pomocy w niej) na Kaukazie. Jednym ze środków budowania dobrych relacji może być wspieranie dynamicznych negocjacji akcesyjnych Turcji z UE, np. poprzez sprawne zamykanie poszczególnych rozdziałów. Oczywiście wsparcie dla Turcji narazi Polskę na gniew Francji i niezadowolenie Niemiec.
 
Izrael
Izrael jest państwem, z którym Polska musi żyć w dobrych stosunkach choćby z racji więzów historycznych, ale także po to, by Żydzi izraelscy wpływali mitygująco na szczególnie niechętnych Polsce Żydów amerykańskich. Ale w sytuacji rosnącej niechęci do Izraela w krajach Europy Zachodniej, Polska będzie w najbliższych latach coraz bardziej atrakcyjnym sojusznikiem dla państwa żydowskiego - im bardziej wpływowym w UE, tym bardziej atrakcyjnym. Obecnie prowadzimy owocną współpracę w sektorze zbrojeniowym i jej rozwój leży w naszym dobrze pojętym interesie, bowiem gwarantuje to dopływ dobrych technologii i ewentualny zbyt dla broni wysokiej jakości.
 
Nie należy też nazbyt lękać się sprzeciwów Izraela wobec współpracy z Iranem. Rozwijająca się współpraca niemiecko-irańska nie przeszkadza Niemcom w utrzymywaniu świetnych stosunków z państwem żydowskim.
 
Wietnam
Obecnie już niemal w każdej gazecie można przeczytać, że XXI w. będzie stuleciem Azji. Bez wątpienia wiele na to wskazuje. Dlatego Polska powinna intensywnie nadrabiać opóźnienia w rozbudowywaniu swojej obecności w Azji Wschodniej. Ponieważ Chiny już są krajem potężnym i cieszącym się zainteresowaniem całego świata, trudno liczyć na partnerską współpracę polsko-chińską inną niż duże chińskie inwestycje w polską gospodarkę. Po prostu potencjał polskich firm jest jak na wielkość chińskiego rynku zbytu mały i trudno liczyć, że zawojują one ten kraj. Zwłaszcza jeżeli notorycznie uskarżają się na brak wsparcia i informacji ze strony polskiego państwa.
 
Krajem jak dotąd relatywnie mało odkrytym, o podobnej do Polski wielkości i dobrych kontaktach w przeszłości, a jednocześnie dynamicznie otwierającym się na świat, jest Wietnam. Wielu wietnamskich polityków i urzędników studiowało w Polsce i jest bardzo zainteresowanych współpracą gospodarczą z nami. Dzięki takiej życzliwości polskie firmy znajdą w Wietnamie dobry rynek zbytu, zdobędą cenne doświadczenia w kontaktach z Azją, a przede wszystkim zyskają dostęp do taniej i dość kompetentnej siły roboczej, której w Chinach powoli zaczyna jednak brakować. Krótko mówiąc, Wietnam może być polskim lotniskowcem w Azji Wschodniej. Trzeba tylko szybko i energicznie działać.
 
Indie
Drugi azjatycki gigant od kilku lat jest dobrym klientem polskiego przemysłu zbrojeniowego. Indie są krajem rozwijającym się wolniej niż Chiny, ale demokratycznym i - podobnie jak Wietnam - posiadającym tradycje dobrych kontaktów z Polską. W najbliższych latach Indie czeka gigantyczny skok infrastrukturalny, na który powinny być gotowe polskie firmy budowlane, bardzo aktywne tam w czasach PRL. Indie będą wielkim i coraz bardziej chłonnym rynkiem zbytu, już nie tylko dla polskiej broni, ale także wszelkiej innej produkcji. W usługach to one są wszak globalną potęgą... Również indyjskie konglomeraty przemysłowe - takie jak Mittal, czy Tata - na pewno będą rozwijać kontakty z Polską. Indie powinny być dla Polski tym, czy mogły stać się dekadę temu Chiny - szansą na wielki skok w Azję.
 
Afryka
Nie ulega dziś wątpliwości, że w XXI wieku Afrykę czeka ponowna kolonizacja. Zapewne przybierze ona inne formy, niż ta znana, zachodnia z XIX i XX wieku. Dokonywać się będzie w dużej mierze przez podmioty komercyjne. Będzie przypominała w dużej mierze to, co stosują obecnie w Afryce Chińczycy, którzy ten wyścig ponownie rozpoczęli - budowanie przyjaznych relacji ze skorumpowanym rządem, który gwarantuje ochronę inwestycji. Afryka jest kontynentem pełnym bogactw naturalnych i jeśli taka firma jak KGHM chce utrzymać swoją pozycję w branży miedziowej, a być może rozpocząć rywalizację z gigantami takimi jak Rio Tinto, czy BHP Billiton, to będzie musiała wyruszyć do afrykańskiego jądra ciemności (np. do Gwinei Bissau). Oznacza to, że zarówno polskie państwo w zakresie dyplomatycznej, wywiadowczej i militarnej ochrony takich inwestycji, jak i polska firma w zakresie budowania poparcia w społeczności lokalnej oraz rozbudowy sieci użyteczności publicznej (szkół, szpitali itp.) muszą się wiele nauczyć.
 
III. Hard i soft power
Żadne silne państwo nie może w dzisiejszych czasach obejść się bez dwóch uzupełniających się form władzy/potęgi. Hard power to tradycyjny zestaw środków osiągania swoich celów za pomocą siły. Soft power z kolei to infrastruktura pozwalająca osiągać swoje cele „not by coertion but by attraction".
 
Siły zbrojne:
Obecnie obowiązująca strategia bezpieczeństwa narodowego jest nieco żenującym dokumentem, będącym żałosnym świadectwem niezdolności do przeprowadzenia przez Polskę głębokiej analizy położenia i interesów strategicznych. Każdorazowe modyfikowanie narodowej strategii bezpieczeństwa poprzez powielanie strategii USA i NATO musi nasuwać wniosek, że samodzielna myśl strategiczna w Polsce przez ostatnich 20 nie wykształciła się. Mówi to także wiele o intelektualnym kapitale, jakim polska armia odziedziczyła po okresie podległości Rosji w ramach Paktu Warszawskiego. Większość kształconych na sowieckich uczelniach dowódców wojskowych specjalizowała się jedynie w taktyce, ponieważ samodzielna refleksja strategiczna z pewnością nie leżała w interesie Sowietów.
 
Otwierające obowiązującą obecnie strategię bezpieczeństwa narodowego stwierdzenie, że Polska jest krajem bezpiecznym, po wojnie Rosji z Gruzją w 2008 r. nie ma uzasadnienia. Rosja, gdy tylko dojdzie do poczucia wystarczającej finansowej stabilności, uzasadnionego domniemania bezczynności Zachodu, oraz doprowadzi pewną część armii do stanu operacyjnej gotowości jest gotowa na bardzo spektakularne i upokarzające swoich rywali działania. Wydaje się, że taki właśnie styl działania lubi Władimir Putin.
 
Również za raczej niepoważne należy uznać upatrywanie głównego zagrożenia dla Polski w terroryzmie (w domyśle: islamskim). Trudno o bardziej kompromitującą kalkę intelektualną z dokumentów strategicznych naszych sojuszników o jakże odmiennym położeniu geopolitycznym.
 

 
Tymczasem zdolność do militarnej projekcji interesów Polski musi obejmować:
 
1.       zdolność do zahamowania rosyjskiego transportu ropy przez Bałtyk. Stąd konieczność dysponowania zdolnością do efektywnego ataku rakietowego z ziemi i powietrza.
 
2.       zdolność do powstrzymania pancernego i rakietowego ataku na Warszawę i Gdańsk z Kaliningradu. Stąd konieczność rozlokowania silnych jednostek pancernych i przeciwpancernych na północy Polski.
 
3.       Zdolność do szybkiego wsparcia logistycznego i militarnego takich krajów jak państwa bałtyckie, Ukraina, Mołdawia czy Gruzja. Stąd konieczność posiadania wysokotonażowego i dalekodystansowego transportu powietrznego oraz silnych jednostek desantowych.
 
4.       Zdolność do panowania w powietrzu nad obszarem Polski, państw bałtyckich oraz Czech i Słowacji a nawet Ukrainy. Stąd konieczność uzupełnienia floty polskich F-16 przez latające radary (AWACS) oraz tankowce powietrzne, tak by stanowiły one wreszcie pełen system uzbrojenia.
 
5.       Zdolność do odparcia rosyjskiego ataku hakerskiego na polskie strony rządowe i portale informacyjne.
 
Instytucje polityczne i kulturalne
Bez zbudowania polskich fundacji politycznych - na wzór niemieckich Fundacji Adenauera, Eberta i Bolla - finansowanych jednak z polskich, a nie niemieckich pieniędzy a prowadzących intensywną pracę analityczną dla partii politycznych i popularyzujących ważne idee, spełniających kluczową rolę mediacyjną pomiędzy sferą polityki, mediów, nauki i kultury, życie polityczne Polski umrze w krótkim czasie. Pozostaną tylko niedouczeni dziennikarze-celebryci, politycy-kabareciarze, naukowcy-ideologowie oraz eksperci-lobbyści. Kiedy politycy chcą lub muszą zajmować się realnymi, a to znaczy trudnymi, problemami, muszą mieć do dyspozycji kompetentny sektor analityczno-planistyczny. Na pewno bowiem nie spełni tej roli nauka - jej zadania i kompetencje są zupełnie inne. Dlatego oprócz polityków i menedżerów publicznych, państwu potrzebni są analitycy, stratedzy i twórcy polityk publicznych [policymakers], funkcjonujący między partiami a think tankami.
 
Dziś sytuacja jest o tyle tragiczna, że polskie państwo - ani partie, ani administracja ani armia - nie posiada właściwie żadnej nowoczesnej, kompetentnej i dobrze funkcjonującej instytucji tego typu. Oczywiście są pewne wyjątki - takie jak Ośrodek Studiów Wschodnich - ale zajmują się sprawami wycinkowymi. Poza dość efemerycznym zespołem ministra Boniego, rząd polski nie dysponuje infrastrukturą analityczną, która mogłaby ocenić np., które plany budowy dróg są aktualne, a które należy zmienić, które kierunki rozwoju szkolnictwa wyższego są dla Polski interesujące, jaki model rozwoju gospodarczego kraju będzie najbardziej optymalny itp. Dlatego administracja zleca tego typu prace opłacanym przez zagraniczne podmioty fundacjom, za wielkie pieniądze zamawia analizy w globalnych firmach konsultingowych lub dostaje gotowe „produkty" od lobbystów.
 
Jednak fundacje polityczne lub think tanki - jak uczy przykład amerykański i niemiecki czy ostatnio nawet rosyjski - są także niebywale skutecznym narzędziem uprawiania polityki zagranicznej. Inwestowanie w stypendia, staże, konferencje, imprezy kulturalne, zamknięte seminaria, czy wystawne koktajle przynosi bardzo wymierne zyski - nie tylko wizerunkowe. Polskie fundacje polityczne oraz biura lobbingowe powinny być obecne we wszystkich wymienionych powyżej krajach. Szczególnie w naszym regionie, tak ciężko dotkniętym skutkami komunizmu, życie intelektualne dotyczące sfery publicznej, polityki historycznej czy spraw strategicznych powinno cieszyć się hojnym mecenatem państwa polskiego. Ale oczywiście nie cieszy się, bowiem to my sami do niedawna byliśmy obiektem paternalistycznych zabiegów uświadamiających, a obecna formuła uprawiania polityki w Polsce zniechęca do głębszej refleksji.
 
Dopóki Polska nie zacznie inwestować dużych pieniędzy, nie tylko w promocję gospodarczą i turystyczną z bocianem w tle, ale przede wszystkim w widowiskowe dzieła filmowe propagujące naszą wspaniałą historię oraz centra kultury polskiej na dużych uniwersytetach w USA, Europie i Azji, będziemy krajem nielubianym lub po prostu nieznanym. I nadal będziemy narzekać, że kolejny ambasador naszego ważnego partnera przyjechał tu z placówki w Moskwie i bardzo lubi sztuki Czechowa...
 
Artykuł ukazał się w numerze 89 (5/2009) dwumiesięcznika Arcana alt
Czytany 13434 razy Ostatnio zmieniany czwartek, 10 marzec 2016 19:12