piątek, 12 luty 2016 07:02

Eugeniusz Januła, Justyna Hasij: Mała wojna o Śląsk w 1945 roku – historia nieznana

Oceń ten artykuł
(27 głosów)
płk dr Eugeniusz Januła dr Justyna Hasij

Klęska Niemiec w II wojnie światowej nie kończyła politycznego sporu o dalsza przynależność państwową Śląska. Decyzje strategiczne m.in. w tej sprawie podjęto na konferencji w Jałcie, gdzie ustalono również generalny przebieg przyszłych granic państwowych.

Strona polska, podobnie jak czechosłowacka, były swego rodzaju beneficjentem tej fazy wojny. Oba państwa uzyskiwały duże zdobycze terytorialne, oczywiście kosztem pokonanych Niemiec [1]. O ile politycy polscy w szczególności z emigracyjnego rządu w Londynie wysuwali dość umiarkowane pretensje terytorialne, które dotyczyły rzecz jasna Wrocławia i Szczecina, to z kolei Rząd Tymczasowy jak również jego poprzednik – PKWN, sięgały z pretensjami terytorialnymi dość daleko na Zachód. Konflikt terytorialny dotyczył hipotetycznej granicy zachodniej na Dolnym Śląsku. Kwestia sporna, aż do ustaleń Konferencji w Poczdamie, dotyczyła problemu, na której Nysie ma przebiegać przedmiotowa linia graniczna. Brano też pod uwagę rzekę Kwisę jako możliwą linię graniczną. Tu Józef Stalin optował zdecydowanie za jak największymi nabytkami dla strony polskiej, natomiast Winston Churchill był jego „etatowym” oponentem i starał się, aby Niemcy poniosły możliwie jak najmniejsze ubytki terytorialne. Można powiedzieć, że Wielka Brytania prowadziła w ten sposób swoją tradycyjną politykę możliwie jak najmniejszego osłabiania Niemiec na Wschodzie. Po I wojnie światowej linię tę reprezentował David Lloyd George, natomiast na konferencjach w Jałcie i kolejnej w Poczdamie wyrazicielem tej brytyjskiej strategii był wspomniany już wyżej W. Churchill [2]. Na marginesie warto zaznaczyć, że towarzyszący non stop na obu konferencjach J. Stalinowi, Wiaczesław Mołotow, gdzie tylko mógł, starał się działać na niekorzyść Polski. Rzecz jasna jednak nie odważył się w ważnych sprawach, gdzie J. Stalin podejmował decyzje osobiście, zmieniać nawet o przysłowiowy milimetr woli swojego wielkiego szefa.

* * *

Jak już pisano wyżej beneficjentem korekt terytorialnych wschodniej granicy Niemiec obok Polski była również Czechosłowacja. Państwo to zyskiwało nawet znacznie więcej niż Polska ponieważ nie zostało ograbione, tak jak Polska z olbrzymich terenów wschodnich.

Układ sił wewnętrznych Czechosłowacji był dość labilny. Rosjanie ze względów międzynarodowych, postanowili zatrzymać Edvarda Beneša na stanowisku prezydenta państwa. Był to polityk o dużym prestiżu i znaczeniu międzynarodowym. Cechował się też antyniemieckością, ale i antypolskością. Reprezentował idee Tomáša Masaryka, jednego z ojców państwa czechosłowackiego. Mowa tutaj o koncepcji „Wielkiej Czechosłowacji”, sięgającej po Augsburg i Monachium, jak również Wrocław, Katowice, Kraków i Rzeszów. Ta idea, mimo że nigdy nie miała realnych możliwości realizacji, stanowiła jednak swego rodzaju idée fixe zarówno E. Beneša, jak i Jana Masaryka – bardzo bliskiego współpracownika E. Beneša a równocześnie syna T. Masaryka. Czechosłowaccy komuniści z kolei, którzy po wojnie sprawowali realną władzę w tym państwie, a wśród których głównymi postaciami w okresie powojennym byli Klement Gottwald, Rudolf Slánský i Słowak Gustáv Husák, nie mieli w gruncie rzeczy nic przeciwko temu aby terytorium Czechosłowacji uległo powiększeniu. Oni jednak, dobrze znając J. Stalina, doskonale wiedzieli, że jeżeliby do dyktatora z Moskwy doszła realna informacja o próbie podważenia jego decyzji, to zostaliby straceni. Z tej tez przyczyny woleli, by w kategorii aspiracji terytorialnych na plan pierwszy wysunął się E. Beneš. Ten, licząc na dawne przedwojenne koneksje z J. Stalinem, w tym swój udział w prowokacji wobec marszałka Michaiła Tuchaczewskiego, miał się za praktycznie przyjaciela radzieckiego generalissimusa i liczył dość naiwnie, że moskiewski dyktator będzie go darzył specjalnymi względami [3].

O ile wśród czechosłowackich polityków w okresie schyłkowo wojennym i wczesnym powojennym były osoby znaczące, chociażby przywoływany już wcześniej E. Beneš, to z kolei wśród Polaków zarówno w ekipie londyńskiej, jak i lubelskiej, a później warszawskiej żadnych znaczących osobowości nie było. W Londynie, po śmierci gen. Władysława Sikorskiego panowały typowe wśród polskiego establishmentu „wojny domowe” i wysługiwanie się Anglikom. Rosjanie z kolei, do przyszłej ekipy mającej kierować Polską, wybrali typowych polityków z IV a nawet V ligi. Bo kimże byli tacy ludzie, jak  Bolesław Bierut czy Edward Osóbka-Morawski [4]? Jedyny polski polityk, który miał odwagę pragmatycznie polemizować z J. Stalinem, szczególnie w aspekcie przebiegu granicy wschodniej – Stanisław Szwalbe, wywodzący się z PPS, został, ku zdumieniu Rosjan, jak i samego Stalina, dość skutecznie przez samych Polaków wyeliminowany z życia politycznego. Trudno się dziwić, że w ekipie E. Osóbki-Morawskiego obowiązującą doktryną był „kundlizm pospolity”, czyli wysługiwanie się za wszelka cenę Rosjanom i donoszenie wzajemnie na siebie. Istotnym faktem jest to, że swój serwilizm ekipa Bieruta–Osóbki-Morawskiego, posunęła tak daleko, że usłużnie zaproponowała J. Stalinowi „Międzynarodówkę” jako hymn przyszłej Polski. Propozycja jednak dziwnie nie zyskała uznania. Dziwne to, ale prawdziwe, że to nie kto inny, jak właśnie J. Stalin uratował „Mazurka Dąbrowskiego” jako polski hymn narodowy. Powiedział po prostu do Polaków, że „Mazurek Dąbrowskiego” jest ładną piosenką i powinien pozostać polskim hymnem narodowym.

Trudno się dziwić, że na wszystkich szczeblach, zainstalowane polskie władze polityczne i administracyjne, stały po prostu w pozycjach na baczność przed tymczasowa administracją radziecką. Rosjanie działając z żelazną konsekwencją po przejściu frontu, wszędzie i bez wyjątku stawiali swoje komendantury wojskowe. To radzieccy komendanci wojskowi byli wówczas realną władzą a Polacy, szczególnie w pierwszym okresie około 8–9 miesięcy, licząc od maja 1945 roku, tylko skromnym dodatkiem i posłusznym wykonawcą woli radzieckiej.

* * *

Schyłek wojny od strony militarnej na szeroko rozumianym Śląsku przedstawiał się następująco: od strony niemieckiej teren całego Śląska znajdował się na obszarze operacyjnym niemieckiej Grupy Armii „Środek”, dowodzonej przez generała a później nawet feldmarszałka Ferdinanda Schörnera. Był to zagorzały nazista, który dyscyplinę wymuszał egzekucjami i innymi srogimi karami. Miał on opinię dość słabego dowódcy. W ramach dowodzonego przez niego strategicznego zgrupowania, terenów Śląska bezpośrednio broniła niemiecka XVII Armia. Kilkakrotnie byłą ona już pobita i rozbita. Uzupełniano więc ją żołnierzami z różnych rozbitych jednostek, młodzieżą z Hitlerjugend oraz lokalnie miejscowym Volksturmem. Niemcom, u schyłku wojny, rozpaczliwie brakowało i ludzi i sprzętu [5]. Ten kryzys był już tak głęboki, że do niemieckiej armii wcielano nawet jeńców wojennych oraz różnego rodzaju więźniów. Warto wspomnieć, że w strukturze omawianej formacji funkcjonowała np. jedna z łotewskich formacji SS. Byłą to jednostka typowo policyjna a jako jednostka frontowa nie przedstawiała wielkiej wartości.

XVII Armia tworzyła na wschodnich krańcach Śląska sieć ziemnych, ale solidnych umocnień. Liczono, że linie okopów i schronów bojowych w rejonie Sosnowca i Dąbrowy Górniczej pozwolą zatrzymać na dłużej nadciągające ze wschodu wojska radzieckie. Przeciwnikiem tej części niemieckiej grupy armii środek, która broniła się po północnej stronie Karpat, był 1. Front Ukraiński dowodzony przez marszałka Iwana Koniewa. I. Koniew rozpoczynał karierę wojenną jako oficer polityczny. Szybko jednak awansował i stał się dowódcą operacyjnym wyższego szczebla. Co prawda swoje stanowisko, a prawdopodobnie i życie, zawdzięczał Gieorgijowi Żukowowi, który przy dwóch ewidentnych wpadkach, spowodowanych błędnym dowodzeniem I. Koniewa, wybronił tego ostatniego od łagru a może i kary śmierci. Jednakże pod koniec wojny, to nie kto inny, jak Koniew stawał się głównym konkurentem G. Żukowa do laurów zdobywcy Berlina a tym samym tryumfatora w wyścigu marszałków w swego rodzaju maratonie do Berlina [6].

I. Koniew posiadał zdecydowaną przewagę nad skromnymi siłami XVII Armii niemieckiej. Zarówno w ludziach jak też w wyposażeniu była to praktycznie przewaga przygniatająca. Niemcy mogli tylko liczyć, że w terenie zurbanizowanym, jakim był Śląsk, postępy wojsk Koniewa poważnie wyhamują. Ten jednak wykazał się w tej konkretnej operacji dowódcą wysokiej klasy. Uderzył na obszar Śląska nie ze wschodu, z kierunku Krakowa, a z północy, z opanowanego już wcześniej regionu Częstochowy. Jako pierwsze wielkie miasto na Śląsku w ręce Rosjan wpadły położone głęboko na zapleczu Górnego Śląska Gliwice. Zajęcie tego miasta w zasadzie uniemożliwiało dalszą obronę całego zagłębia przemysłowego. Niemieckie wojska bardzo łatwo mogłyby być odcięte od komunikacji w kierunku zachodnim. Tym bardziej, że właśnie przez Gliwice przebiegała główna magistrala kolejowa w układzie wschód-zachód. Niemcom faktycznie pozostawały tylko ciągi komunikacyjne, skierowane na południe. Należały do nich szosa i linia kolejowa z Katowic przez Tychy, Pszczynę, Bielsko i Żywiec i dalej do Słowacji oraz druga z Mikołowa przez Żory, Rybnik, Racibórz do Bramy Morawskiej i Ostrawy. Należy tu dodać, że w oparciu o linię Karpat Niemcy dość mocno trzymali teren Czech i zachodniej Słowacji, a dążące na zachód oddziały radzieckie nie miały odpowiednich sił, żeby przeprowadzić skuteczną ofensywę na południe. Koniec stycznia 1945 troku to czas, w którym Rosjanie zdobyli Górnośląski Okręg Przemysłowy. W swych podbojach posuwali się też na południe, ale walki o Bielsko, Żory i Rybnik nie były bynajmniej formą pościgu, ale ciężkimi walkami z zaciekle broniącym się nieprzyjacielem. Straty radzieckie były duże a impet natarcia na południe został skutecznie wyhamowany. Racibórz został zdobyty dopiero na przełomie marca-kwietnia 1945 roku a na południe od tego miasta Niemcy zdołali się utrzymać na kolejnej rubieży obronnej [7].

Podobnie sytuacja wyglądała na zachód od Górnego Śląska. Stosunkowo długo trwały walki o Opole, Nysę, Racławice a Wrocław bronił się dłużej niż Berlin.

* * *

Przed strategiczną ofensywą na kierunku berlińskim, w której wzięły praktycznie, licząc od północy, fronty dowodzone przez Konstantego Rokossowskiego, G. Żukowa i I. Koniewa, na południowych rubieżach utrzymało się swoiste status quo. I. Koniew, ścigając się z G. Żukowem do Berlina, pozostawił na swym południowym skrzydle stosunkowo silne, ale tylko zabezpieczenia. Między innymi była to 2. Armia Wojska Polskiego, dowodzona w sposób nieudolny przez gen. Karola Świerczewskiego. Zgrupowanie jeszcze silnych w dalszym ciągu wojsk niemieckiej Grupy Armii „Środek” uderzyło na terytorium Łużyc w lewe skrzydło frontu I. Koniewa, zmuszając go do skierowania tam rezerw, zaangażowanych już wcześniej na kierunku berlińskim [8]. W praktyce, wojska tego marszałka nie mogły skupić się na zasadniczym kierunku berlińskim tylko w pierwszym etapie musiały ratować praktycznie rozbitą armię K. Świerczewskiego oraz odpierać na całym swoim południowym skrzydle silne ataki F. Schörnera.

Po kapitulacji Berlina skapitulowały również wojska niemieckiej Grupy Armii „Środek”, przy czym w ostatnich kilku dniach wojny starały się one uciec na zachód, po to żeby poddać się Amerykanom a nie Rosjanom [9]. Czesi, w początkach maja 1945 roku, wywołali w Pradze powstanie, które nie zakończyło się sukcesem. Znamiennym jest to, że Prażan przed masakrą uchroniły stacjonujące w rejonie tego miasta rosyjskie wojska na niemieckim żołdzie pod dowództwem Andrieja Własowa, które w przeciągu dwóch dni zajęły czeską stolicę i starały się w panującym wtedy powszechnym chaosie wybłagać tym sposobem swego rodzaju przebaczenie za zdradę u batiuszki Stalina. Toczyły się na ten temat pospieszne tajne rozmowy, które ze względów oczywistych nie mogły przynieść jednak pozytywnych rezultatów. W państwie Stalina dla własowców nie mogło być żadnej litości wobec czego oni również wycofali się na zachód.

Po zainstalowaniu się nowych administracji polskich na objętych świeżo Ziemiach Odzyskanych (bo takie nazewnictwo obowiązywało w tym czasie) wydawało się, że problemy egzystencjalne, w tym przede wszystkim zaopatrzenie żywnościowe, będą głównym problemem troski nowych władz. Obok rosyjskich komendantur wojskowych i niewielkich załóg w miastach, zainstalowali się polscy starostowie, którzy rozpoczęli budowę administracji. Radzieckie załogi były niewielkie z tego względu, że pewna, nawet duża część Rosjan, pozostawała we wschodniej części Niemiec a wielkie liczebnie kontyngenty przewożono głównie transportem kolejowym na Daleki Wschód, po to żeby mogły wziąć udział w planowanej wojnie z Japonią [10].

W takich miastach, jak Racibórz, Prudnik, Nysa i Kłodzko radzieckie załogi liczyły od 600 żołnierzy (Nysa) do kilkudziesięciu (Prudnik, Racibórz). Z kolei polskie posterunki wojskowe dopiero obejmowały przyznany państwu teren. Teoretycznie wymieniony obszar podlegał operacyjnie 2. Armii Wojska Polskiego. Ta formacja wycofywała się powoli z terenów Łużyc i Miśni na wschód. Część jej sił jechała na wschód przy pomocy własnego transportu kołowego przez terytorium Czechosłowacji. Znamiennym jest, że władze czechosłowackie traktowały ten przejazd jako naruszenie swojej suwerenności i ostro protestowały nie tylko w Warszawie, ale przede wszystkim w Moskwie. Do incydentów zbrojnych jednak nie doszło z bardzo pragmatycznego powodu. 2. Armia Wojska Polskiego, mimo olbrzymich strat poniesionych w operacji łużyckiej, stanowiła w dalszym ciągu potężną siłę militarną. Czesi mieli obawy, że ewentualne rozpoczęcie strzelaniny może zakończyć się dla nich dotkliwą przegraną.

Główne siły 2. Armii Wojska Polskiego kierowały się w kierunku szeroko rozumianej Rzeszowszczyzny, bo tam rozpoczynały się walki z ukraińskimi nacjonalistami. Część żołnierzy tej armii z kolei już w czasie marszu rozformowano i kierowano jako osadników wojskowych na ziemię lubuską i północne krańce Dolnego Śląska. Stąd, mimo formalnej potrzeby, obsadzanie granicy południowej przebiegało opieszale.
Granica polsko-czechosłowacka była wyznaczona na mapach dość precyzyjnie. Również w terenie dokładne jej wytyczenie nie przedstawiało żadnych trudności. Znaczna część słupów granicznych została wbita już u schyłku wojny. Wydawało się więc, że nie powinno być żadnych problemów w dokończeniu delimitacji granicy i w konsekwencji pokojowym współżyciu obu społeczności.

W toku wojny oba rządy emigracyjne w Londynie dość blisko, aczkolwiek z dużą nieufnością, szczególnie ze strony czechosłowackiej, prowadziły z sobą współpracę. Jednym z obszarów tematycznych były również problemy wspólnej granicy. Polski rząd londyński zarówno w epoce gen. W. Sikorskiego, jak później Stanisława Mikołajczyka, konsekwentnie stał na stanowisku włączenia do Polski Śląska Zaolziańskiego, powiatu czadeckiego, Górnej (Północnej) Orawy oraz Północnego Spiżu. W zamian oferowano stronie czeskiej sporą część Kotliny Kłodzkiej. Strona czechosłowacka podejmowała rozmowy w tej sprawie, ale unikała zajęcia stanowiska. Warto przypomnieć, że do około 1944 roku tematem rozmów między obydwoma emigracyjnymi rządami londyńskimi była też koncepcja powojennej, państwowej Federacji Polsko-Czechosłowackiej [11]. Później jednak E. Beneš  unikał udziału w podejmowanych na ten temat rozmowach.

Charakterystycznym jest, że po stronie polskiej ówczesny premier E. Osóbka-Morawski dość stanowczo utrzymywał stanowisko włączenia Zaolzia do państwa polskiego [12]. Pytaniem otwartym pozostaje czy w tym wstępnym okresie państwowości polskiej i czechosłowackiej prowadzono jakieś uzgodnienia na temat przebiegu granicy? Prawdopodobnie tak, ale w Moskwie i przy udziale Rosjan. Rosjanie, co było dla nich charakterystyczne utrzymywali, że granica jest już wytyczona i o żadnych zmianach, wbrew postanowieniom Stalina, być nie może.

Trudno dziś stwierdzić, kto w sensie podmiotowym po stronie czechosłowackiej podjął decyzję o próbie zajęcia może nie części, ale znaczących skrawków terytorium polskiego. Od strony „faktów” problem wyglądał w sposób następujący: w dniach 3–5 mają 1945 roku z terytorium Czechosłowacji do Polski, w kilkunastu miejscach, wjechały kolumny od kilkunastu do kilkudziesięciu samochodów z czeskimi żołnierzami, milicjantami oraz cywilami, którzy mieli stanowić kadrę administracyjną [13]. Działo się to w pasie od Chałupek i Raciborza na wschodzie kraju, po Kotlinę Kłodzką na zachodzie.

Relacje świadków, bo obecnie to one stanowią podstawę materiału informacyjnego, są dość jednoznaczne. W granicznych Chałupkach, przez które przejeżdżała kolumna, kierująca się w stronę Raciborza, zatrzymało się kilkanaście samochodów. Wybiegli z nich czechosłowaccy milicjanci i zajęli przede wszystkim ważną lokalnie stację kolejową oraz budynek palcówki polskiej Straży Granicznej. Polscy pogranicznicy w liczbie ok. 10–15 osób wycofali się bez oddania strzałów, nie strzelali również Czechosłowacy. Na stacji kolejowej zgromadzono około 80 kolejarzy w jednej z sal, po czym czechosłowacki milicjant stwierdził, że polskie państwo upadło, a ci z kolejarzy, którzy mają czeskie pochodzenie lub też chcą zostać w Czechosłowacji, będą mogli zostać wraz z rodzinami. Pozostałym natomiast dano godzinę czasu na spakowanie się i odejście w kierunku Wodzisławia, nie Raciborza bo ten ma być też czechosłowacki. Wśród zabudowań Chałupek jeździł w tym czasie czechosłowacki samochód z megafonem, w którym powtarzano ta samą informację [14].

Gros czeskiej kolumny przyjechało do Raciborza, po czym czechosłowaccy milicjanci zajęli około 2-3 dużych budynków, znajdujących się na miejskim rynku. Na uwagę zasługuje fakt, że większość zabudowań nie została zniszczona w trakcie walk o miasto. W ciągu kilkunastu minut powieszono na przygotowane wcześniej tablice informacyjne o pracy czechosłowackiego starostwa, komisariatu policji itd. [15]. Podobne sceny rozgrywały się w Prudniku, Głuchołazach i w miejscowościach Kotliny Kłodzkiej. Do Nysy czechosłowacka kolumna nie wjechała, gdyż nie wpuścili jej stacjonujący tam Rosjanie, wobec czego Czesi ulokowali się w kilku budynkach na przedmieściach miasta. W niewielkich Głuchołazach czechosłowaccy milicjanci przystąpili natomiast do przymusowego wysiedlania ludności polskiej. To samo działo się w pobliskim Nowym Świętowie [16]. Czesi dążyli także do zajęcia regionalnego węzła kolejowego w Kamieńcu Ząbkowickim. Tam jednak znajdowała się rosyjska komendantura kolejowa i około 40–50 żołnierzy radzieckich. Ci nie próbowali podejmować nawet dyskusji z Czechosłowakami. Oddali kilka serii strzałów skierowanych w powietrze, co bardzo ostudziło zapały napastników. W konsekwencji też zajęli oni jeden z większych budynków w odległości ok. 2 km od stacji kolejowej.

Na terenie Kotliny Kłodzkiej Czechosłowacy zajęli Kudowę, Polanicę, Duszniki oraz szereg małych miejscowości. Ocenia się, że weszło tutaj ok. 500 czechosłowackich funkcjonariuszy wojskowych i cywilnych. Do samego Kłodzka wjechali również umundurowani i cywilni Czechosłowacy, ale zachowywali się bardzo powściągliwie, ponieważ respekt budzili nie tyle Polacy, co Rosjanie. Po zajętych miejscowościach Kotliny Kłodzkiej rozrzucano czechosłowackie ulotki, informujące o przejęciu terenu przez państwo czechosłowackie a jednocześnie nawołujące ludność, aby bezwzględnie podporządkowała się zarządzeniom i autorytetowi nowych władz [17].

Ocenia się, że w wyniku tej agresji strona czechosłowacka zajęła ok. 800 km2 polskiego terenu. Znamiennym jest bardzo słaba reakcja strony polskiej. Nieliczne polskie załogi wojskowe z reguły wycofywały się bez oddania jednego strzału. Podobnie polscy milicjanci. Polskie władze cywilne generalnie pozostawały na swoim miejscu, przy czym wobec akcji czechosłowackiej bardzo często pozostawały w zamknięciu w swoich budynkach. Tylko w Głuchołazach polskim milicjantom w liczbie ok 7–8 odebrano broń i wyrzucono z miasteczka, podobnie jak z resztą przedstawicieli polskich władz administracyjnych.

* * *

Słaba i miękka reakcja struktur polskich władz była oczywiście częściowo usprawiedliwiona. Nie było na omawianym obszarze silnych zgrupowań wojskowych. Słabe liczebnie placówki wojsk ochrony pogranicza i milicji nie były w stanie stawiać żadnego skutecznego oporu. Zapewne też na to liczyli czechosłowaccy agresorzy. Pozostawała jednak wielka niewiadoma, czyli zachowanie radzieckich komendantów i radzieckich garnizonów. Ci reagowali nadzwyczaj spokojnie pomimo, iż też byli zaskoczeni wtargnięciem Czechosłowaków na polskie terytorium. Rosjanie natychmiast składali meldunki swoim władzom zwierzchnim. Ponad dwie doby komendanci czekali na odpowiedzi, bo w ówczesnym systemie politycznym wszelkie decyzje były podejmowane w Moskwie. Instrukcje zwrotne miały charakter ultymatywny i były jednoznaczne. Radzieccy komendanci otrzymali rozkaz natychmiastowego usunięcia Czechosłowaków z zajmowanych przez nich bezprawnie terenów. Środki i metody pozostawiano do dyspozycji komendantów.

Realizacja tego rozkazu wyglądała w sposób następujący: komendant wzywał przedstawicieli Czechosłowaków i dawał im godzinę czasu na całkowite opuszczenie zajętego terenu. Wiadomym jest, że w Prudniku kiedy czechosłowacki prawdopodobnie komendant milicji usiłował coś powiedzieć, czy zaprotestować, po prostu został na miejscu zastrzelony. W innych miejscowościach Czechosłowacy natychmiast zaczęli się wycofywać. Doskonale wiedzieli, że z Rosjanami żartów nie ma. W Chałupkach miejscowa ludność wzięła odwet na bezczelnie zachowujących się wcześniej Czechosłowakach. Co najmniej kilku milicjantów zostało pobitych. Odebrano im również broń [18].

Problem przebiegu polsko-czechosłowackiej granicy po 1945 roku długo nie znajdował rozstrzygnięcia. Strona polska, aczkolwiek tylko na drodze dyplomatycznej, wielokrotnie ponawiała żądania zwrotu zagarniętego tuż po I Wojnie Światowej Zaolzia i innych wymienionych wyżej terenów. Strona czechosłowacka nie miała już większych pretensji poza Kotliną Kłodzką. Mimo dużych nacisków ze strony radzieckiej, władze polskie bardzo długo odmawiały podpisania traktatu granicznego z Czechosłowacją. Dopiero w 1958 roku Władysław Gomółka, pod silnym naciskiem Nikity Chruszczowa zdecydował się taki traktat podpisać. W 1968 roku, podczas agresji państw socjalistycznych na Czechosłowację, ponownie wróciła sprawa przebiegu granicy. Stąd też wojska polskie, które wkroczyły w tym okresie do Czechosłowacji, skierowano w rejon Hradec Kralove a nie na Zaolzie, tak jak to postulowali Polacy. Z kolei w 1981 roku, kiedy to Związek Radziecki i jego satelici przygotowywali plan ewentualnego zajęcia terytorium Polski, jako substytut stanu wojennego, zarówno G. Husàk, jak też Erich Honecker wysuwali wobec Leonida Breżniewa postulaty regulacji granicy na korzyść swoich państw.

Tytułem ciekawostki można dodać, że E. Honecker chciał wcielić do NRD rejon Szczecina wraz z samym miastem a G. Husàk Kotlinę Kłodzką oraz rejony Prudnika i Raciborza.

_________________________________
1. W. T. Kowalski. Wielka Koalicja. T.III.MON .Warszawa.1972.s.146-183
2. S.Zabiełło .O rząd i granice .PAX. Warszawa.1967.s.47-52
3. Szerzej .M.T urlejska. Zapis pierwszej dekady KiW.Warszawa.1971.s.112-137
4. H .Rechowicz .Boleslaw Bierut .Śląsk. Katowice.1977.s.14-18
5. W .Dolata. Wyzwolenie Polski. MON.Warszawa.1970.s.235-256
6. G. Żukow .Wspomnienia i refleksje .MON. Warszawa.1978.s.589 i nast.
7. W. Dolata. Wyzwolenie. Górnego Śląska. MON.1979.s.124 i nast..
8. E. Januła. Karol Świerczewski. Bohater czy...../w/Przegląd.Nr.23/205.
9. E. Januła. Bitwa o Berlin. Historia prawdziwa./w/Silesia- Schlesien.com. Nr.52.
10. K. Mierieckow. Pół wieku w mundurze .MON. Warszawa.1975.s.294 i nast.
11. S. Zabiełlo....s.211 i nast.
12. M. Turlejska.....s.289 i nast.
13. Gliwice. Zarys Historii Miasta i Powiatu. Pr.zbiorowa pod red H. Rechowicza. Śląsk.Katowice.1976.s.387 i nast.
14. Relacja. Wł.Idziczki.SIN.Katowice.1975.
15. Ibidem
16. Relacja. Marii Bohunek .SIN. Katowice.1975
17. IIAWP. Biuletyn Informacyjny/wewnętrzny/26 mają.1945.
18. Relacja. Wł.Idziczki.....

Czytany 7245 razy Ostatnio zmieniany piątek, 12 luty 2016 13:47