środa, 30 kwiecień 2014 06:06

Eugeniusz Januła: Geopolityka w aspekcie militarnym

Oceń ten artykuł
(10 głosów)

tank_barrel  dr Eugeniusz Januła

Obecnie trwa gorączkowy wyścig państw o pozycję w zglobalizowanym świecie. Obok innych płaszczyzn, z których niewątpliwie najważniejszą jest ekonomiczna, ten wyścig odbywa się też na płaszczyźnie militarnej. Dla świata zachodniego podstawowym dylematem jest to, czy tempo integracji państw zachodnich będą wyprzedzały różne tendencje odśrodkowe, jakie nieuchronnie globalizacji towarzyszą.

Wojna stanowi jedną z wielu metod prowadzenia polityki. Była i jest w dalszym ciągu środkiem rozładowywania tych sprzeczności politycznych, których nie da się rozwiązać innymi, np. pokojowymi metodami. Ta klasyczna formuła bynajmniej nie straciła swojego podmiotowego znaczenia w głęboko podzielonym politycznie świecie. To, że wojna w kategoriach metodologii i w praktyce, podobnie jak świat, też przeszła i zresztą przechodzi w dalszym ciągu, daleko idącą ewolucję – jest nie tylko dla analityków i politologów sprawą oczywistą. Wojny asymetryczne, narodowo-wyzwoleńcze, partyzanckie itd. to tylko inne formuły, mieszczące się wewnątrz tej samej struktury. Formuła nową jest natomiast hipotetyczna wojna nuklearna. Nie tylko dlatego, że środki rażenia skutkują oczywiście negatywnie, równie skutecznie wobec systemu militarnego przeciwnika, ale również całego zaplecza, włącznie z ludnością cywilną. To żadne novum. Wojny starożytności czy średniowiecza, skutkowały przecież tym samym. Broń nuklearna, ma to do siebie, że użyta w dużej liczbie, powoduje po prostu skutki nieodwracalne. Nie ma natomiast najmniejszych gwarancji, że hipotetyczny konflikt nuklearny da się ograniczyć. Szczególnie w sytuacji, kiedy będą go toczyły państwa, które posiadają duże zasoby tego typu broni. Najbardziej pragmatyczny scenariusz, to po prostu taki, w którym strona w danej chwili przegrywająca, posiadając takie możliwości, po prostu wystrzeli pełną strategiczną salwę, aby unicestwić przeciwnika. Przeciwnik, posiadając tylko ok. 20 minut na podjęcie decyzji, po prostu musi odpowiedzieć dokładnie tym samym.

Globalizacja stanowi aktualnie dominujący proces, zarówno ekonomiczny, jak i polityczny, współczesnego świata. Posiada ona rzecz jasna charakter wielopłaszczyznowy. Aspekt militarny globalizacji nie był ze względów PR-owych wysuwany na plan pierwszy, ale jego znaczenie było i jest w czynnikiem istotnym.

Praktycznie globalizacja jako proces cywilizacyjny rozpoczęła się po pierwszej wojnie światowej. Zakończyła się wówczas epoka dominacji Europy nad resztą świata, a sama „stara Europa” zaczęła w sposób naturalny przesuwać się na drugi plan. II wojna światowa, była już pierwszą w dziejach wojną o charakterze zdecydowanie globalnym. Przyśpieszyła też, jak prawie każdy konflikt o większych rozmiarach, rozwój nauki i techniki. Świat praktycznie jakby zmalał, podróż na inny kontynent przestała być wyprawą, a wzbogacona o skok technologiczny, łączność, stała się swego rodzaju nośnikiem postępu. Wynik wojny był ważny dla świata. Grupę państw przegrywających stanowiły reżimy autorytarne. Natomiast w gronie państw zwycięskich znalazły się również, wielkie demokracje. Zarówno te tradycyjne, jak Zjednoczone Królestwo i Francja, jak i nowa wielka demokracja, w postaci USA. Te ostatnie, w wyniku wojny, stały się w świecie zachodnim podmiotem nr 1 i przywódcą państw demokratycznych [1].

Po wojnie nastąpiła kolejna gwałtowna faza rozwoju nauki i techniki. Natomiast rozwój i postęp polityczny został jednak przyhamowany. Powstały też pakty polityczno-militarne z NATO po stronie zachodniej i Układem Warszawskim po stronie wschodniej. Świat w tym bipolarnym układzie przekształcił się w rywalizujące ze sobą obozy, a sukcesy na każdej płaszczyźnie miały stać się dla obu grup państw argumentami w udowadnianiu wyższości systemowej [2].

W ramach antagonizmów systemowych, zbrojenia i próby uzyskania militarnej przewagi też stały się ważnym problemem dla obu stron. Zarówno Stany Zjednoczone, jak i Związek Radziecki dokonywały wielu prób uzyskania bezpośredniej przewagi militarnej nad przeciwnikiem. Tu dobrą egzemplifikacją jest przełamanie monopolu nuklearnego strony zachodniej przez ZSRR, oraz tzw. wojny peryferyjne [3]. Cechą charakterystyczną okresu Zimnej wojny był też wyścig zbrojeń [4]. Związek Radziecki był niewątpliwie słabszy technologicznie. Usiłował on wszelkimi możliwymi sposobami tę przewagę zniwelować. Agenci i dyplomaci radzieccy zdobywali różnymi sposobami detale technologiczne Zachodu. Nie udało im się już nigdy uzyskać podobnego sukcesu, jak zdobycie całej technologii nuklearnej. Tu pracowała, i to bardzo skutecznie, cała siatka agentów, a nie tylko skazani na śmierć Rosenbergowie. Stąd, szczególnie w latach 1970’ Rosjanie – mimo wydawania coraz większych sum na zbrojenia oraz tzw. „bratnią pomoc” dla różnych reżimów w trzecim świecie, wyścig zbrojeń w aspekcie jakościowym czyli innowacyjno-technologicznym, przegrywali [5]. Pod koniec lat 1960’ posiedli natomiast przewagę „pierwszej salwy nuklearnej”.

Rosjanie konsekwentnie budowali swoje wielkie rakiety, używane zarówno do kosmicznych rejsów, jak i do celów militarnych. Mieli i nadal posiadają, lepsze i bardziej wydajne od amerykańskich silniki rakietowe zarówno na paliwo ciekłe, jak i stałe. Bezpośrednim dowodem na prawdziwość powyższego jest fakt, iż obecnie Amerykanie po prostu kupują od Rosjan silniki do rakiet kosmicznych, bo przy okazji są one także tanie. Trzeba dodać, że Rosjanie, jeszcze w okresie funkcjonowania współczesnej „Asyrii”, czyli ZSRR, bardzo prosto rozwiązali logistykę swoich „ciężkich” rakiet. Na zauralskim odcinku magistrali kolejowej, pobudowali odgałęzienia prowadzące pozornie do nikąd. Tymczasem są to bocznice o długości kilkunastu kilometrów, prowadzące bezpośrednio do „gniazd” rakietowych silosów. Wzdłuż tej linii stacjonowały i (i nadal stacjonują) rakiety SS-18 [6]. To była i jest nadal, największa rakieta militarna na świecie. Jej masa startowa przekracza 200 ton. Mniejsze i starsze generacyjnie rakiety, głównie klasy SS-16 i SS-14, Rosjanie w czasach ZSRR umieszczali w dużej liczbie na półwyspie Kola. Ta część terytorium Rosji posiada kapitalne położenie w stosunku do terytorium amerykańskiego. W strategicznych rakietach, startujących z lądu Rosjanie już w latach 1970’ uzyskali przewagę [7].

Natomiast Amerykanie umieścili znaczną część swego potencjału rakietowego na okrętach podwodnych oraz w lukach bombowców strategicznych. Swoje atomowe okręty podwodne z rakietami nuklearnymi oraz strategiczne bombowce posiadali też Rosjanie. Jednak na obu tych płaszczyznach przewaga należała do strony amerykańskiej. Po stronie zachodniej amerykański arsenał był uzupełniany przez potencjał pozostałych państw NATO, z których Zjednoczone Królestwo i Francja dysponowały broniami nuklearnymi. Po stronie ówczesnego ZSRR umieszczano natomiast mało nowoczesny potencjał militarny CHRL [8]. Lecz Chińczycy prowadzili swą własną politykę. Wynikało, ale tylko z doktryny, iż to Chinom przypadnie podmiotowość konsekwencji, najważniejsza podmiotowość polityczna…

Do broni strategicznej należy dodać inne rodzaje potencjału militarnego. W wojskach lądowych ZSRR posiadał przytłaczającą przewagę. W swym apogeum – czyli w. połowie lat 1970’ – dysponował 152 dywizjami armii czynnej i możliwością wystawienia z mobilizacji ok. 250 dywizji drugorzutowych i trzeciorzutowych. Na przysłowiowym papierze była to potęga. Jednak analizy przeprowadzone po logistycznie wyczerpującej inwazji na Czechosłowację w 1968 r., wykazały, że właśnie z zapleczem armii radzieckiej jest źle. Ok 35% pojazdów wiozących żołnierzy – w tym najwięcej transporterów klasy BTR – po prostu zepsuło się w czasie jazdy. Później, w komentarzach, radzieccy wojskowi twierdzili, iż użyto wojsk drugorzutowych. Było to prawdą, lecz sprzęt ściągano z jednostek pierwszego rzutu m.in. z Centralnej Grupy wojsk radzieckich, stacjonujących na terenie NRD. Bazowały tam 22 najlepsze wtedy dywizje radzieckie, mające stanowić w razie wojny o Europę trzon wojsk II Frontu Zachodniego, który miał wykonać uderzenie na środkowym odcinku granicy miedzy RFN i NRD [9].

Właśnie problem Europy spędzał natowskim strategom sen z powiek. Radziecki plan wojny o Europę w NATO nie stanowił tajemnicy. Trzy fronty (w tym trzeci front zachodni-polski na północnej flance), miały przełamać zachodnią obronę na zasadniczym odcinku frontu. Dwa kolejne fronty, czyli pierwszy i drugi, miały posuwać się bardziej na południe, a kolejny, czwarty w numeracji, na półwysep skandynawski. Wracając do centralnego i decydującego odcinka, czyli styku miedzy RFN i NRD. NATO mogło przeciwstawić 86. wschodnim dywizjom, nacierającym w pierwszym rzucie, tylko 36 własnych. Nawet przy większej swobodzie manewru po wewnętrznych liniach i przewadze w powietrzu strona zachodnia nie byłaby w stanie utrzymać frontu [10].

Jedynym realnym równoważnikiem dla strony zachodniej byłoby praktycznie natychmiastowe użycie atomowych min, które umieszczono na przygranicznych obszarach RFN. Atomowe wybuchy miały zatrzymać pancerno-zmechanizowaną ofensywę strony wschodniej. Tyle że musiałoby to wywołać nuklearną ripostę ze strony wschodniej. ZSRR w epoce „późnego Breżniewa” nie był już zainteresowany globalnym konfliktem. Natomiast wobec pogłębiającego się kryzysu ekonomicznego w Związku Radzieckim, analizowano w Moskwie możliwość szybkiej wojny o Europę ze niezniszczoną infrastrukturą, technologiami zasobami ludzi itd. Mimo różnicy zdań, „jastrzębie” w Biurze Politycznym KPZR, z marszałkiem Dymitrijem Ustinowem, oraz głównym ideologiem Mikołajem Susłowem, uzyskali decydujący wpływ na chorego Leonida Breżniewa. Wojna była prawie postanowiona. Aplikacje i weryfikację stanowiły słynne ćwiczenia całego Układu Warszawskiego Tarcza 76 [11]. Ta gra wojenna, przeprowadzona na poligonach Europy Wschodniej, nie dała jednoznacznej odpowiedzi na możliwość realizacji celu, czyli szybkiego zdobycia Europy, lecz ZSRR znajdował się w takiej sytuacji ekonomicznej, że nie miał alternatywy. Wojnę planowano na rok 1978. Przedtem jednak postanowiono wyczyścić zaplecze. Wojska radzieckie wkroczyły zatem do Afganistanu udzielając „bratniej pomocy”, tym razem nielicznym komunistom afgańskim. Praktyka pokazała, że ZSRR utknął w Afganistanie [12], a amerykański program gwiezdnych wojen, dokonał reszty. Trzeba sobie przy okazji zadać pytanie na temat pracy ówczesnych radzieckich służb wywiadowczych. Te potwierdziły, iż poszczególne instalacje gwiezdnych wojen albo już istnieją, albo też są możliwe do bliskiego osiągnięcia przez Stany Zjednoczone [13]. Informacje wywiadów spowodowały, że kierownictwo ZSRR podjęło decyzję o szybkim, ale przecież bardzo kosztownym dozbrojeniu się. W ten sposób „zazbrojono” ZSRR na ekonomiczną śmierć… [14]

System bipolarny, z punktu widzenia teorii polityki, był stabilny, aczkolwiek stale balansował w pobliżu punktu krytycznego. Niemniej, obiektywnie globalizacja postępowała naprzód. Trwał szybki postęp nauki i techniki. Ten proces globalizację coraz bardziej przyspieszał.

* * *

Upadek Związku Radzieckiego wytworzył zupełnie nową jakość w świecie. Skończył się, prawdopodobnie definitywnie, dwubiegunowy układ świata – paradoksalnie system o znacznej skali bezpieczeństwa. Jest zupełnie normalnym, że świat wszedł, na krótki okres, w układ zdestabilizowany, czego skutkiem było narastanie patologicznych procesów politycznych. Szybko jednak światowy okres destabilizacji się skończył, aczkolwiek nie definitywnie [15]. Stany Zjednoczonem dysponując w tym momencie wieloma atutami ekonomicznymi, politycznymi oraz siłą militarną, podjęły kolejną zresztą, próbę przekształcenia świata w układ jednobiegunowy. Tym jedynym biegunem politycznym mają być one same.

W skali globalnej obiektywnie jest też widocznym postępujący proces przesuwania się środka ciężkości politycznej świata z basenu Oceanu Atlantyckiego w kierunku obszaru Pacyfiku. Jest to, jak zaznaczono wyżej, tendencja obiektywna – taka sama mniej więcej, jak dominująca w XVII i XVIII w. inklinacja do przesunięcia ekonomicznego i politycznego centrum światowego z basenu Morza Śródziemnego nad wybrzeża Atlantyku. Natomiast współczesny polityczny trend eliminuje Europę z nurtu głównego. Europa, chcąc w zglobalizowanym świecie odgrywać jakąkolwiek podmiotową rolę, musi zatem, i to mocno, przyspieszyć tempo własnej integracji [16]. Jako Zjednoczona Europa, bez względu czy będzie to jedno sfederalizowane państwo, co byłoby niewątpliwie modelowo najlepsze, czy też spójna konfederacja, ma na rzeczone przedsięwzięcia realną szansę.

Stwierdzić należy, iż USA za prezydentury Baracka Obamy, poświęcają znacznie więcej uwagi umacnianiu ANZUS. Planuje się m.in. jego poszerzenie o Japonię, Malezję, Filipiny i Singapur, a być może jeszcze Kanadę i inne państwa. Tu trzeba dodać, że coraz bardziej ożywionymi stają się też kontakty między NATO a ANZUS. Pojawiają się opinię analityków o połączeniu się w przyszłości tych obu w jeden pakt obronny o zasięgu globalnym [17]. Tu nasuwa się hipotetyczne na razie pytanie, czy ta perspektywiczna fuzja obu sojuszy: Atlantyckiego i Pacyficznego, znalazłaby się pod swego rodzaju egidą ONZ?

Istnieją bowiem obawy, że niektóre państwa, przede wszystkim Chiny, nie zaakceptują tego typu rozwiązania i mogłyby opuścić ONZ. Rosja natomiast w raczej bardziej odległej perspektywie paradoksalnie nie odrzuca współpracy z NATO, bo, mimo pewnych oporów i własnych ambicji, może w dalekiej przyszłości zostać członkiem Sojuszu Atlantyckiego. Mimo obecnych perturbacji z Ukrainą. Czy to nastąpi – w znacznej mierze zależy od polityki chińskiej. Chiny już obecnie stanowią podmiot o największych ambicjach, ale jak na razie znacząco mniejszych możliwościach realizacyjnych. Tym niemniej posiadają nad Rosją olbrzymią przewagę demograficzną. To może zdecydować że to ostatnie państwo może w przedziale ok. 30 lat, spróbować „ukryć się” wewnątrz NATO.

Zbrojenia w globalizującym się świecie bynajmniej nie wygasły. Dziś decyduje rzecz jasna nie liczba żołnierzy i przysłowiowych karabinów, lecz systemy broni, które mogą obezwładnić przeciwnika bez niszczenia jego terytorium, zasobu demograficznego i co najważniejsze – jego infrastruktury i systemu ekonomicznego.

Już wojna sześciodniowa na półwyspie Synaj w 1967 r. ukazała, jakiej modyfikacji uległ obraz „tradycyjnej” walki. W tym konflikcie Izrael obezwładnił swoich przeciwników, uniemożliwiając im po prostu prowadzenie dalszych skutecznych działań [18]. Dlatego też ta wojna nazywana jest pierwszą wojną nowej generacji. Obecnie większość konfliktów to wojny asymetryczne.

Stany Zjednoczone pozostają dzisiaj bezsprzecznie mocarstwem numer jeden na świecie. Na nich spoczywa tym samym odpowiedzialność za funkcjonowanie światowego systemu międzynarodowego. Okazuje się przy tym, że wydatki na zbrojenia bynajmniej nie spadły; wręcz znacznie urosły. Po prostu unikalne nowoczesne systemy broni kosztują. Dziś np. USA posiadają 10 wielkich lotniskowców, które stanowią podstawę zespołów uderzeniowych. Zapas atomowego paliwa pozwala im na pływanie przez ok. 4-6 lat bez uzupełniania uranowych prętów w reaktorach. Ale bazujące na pokładzie każdego z nich samoloty muszą być zaopatrzone w paliwo, amunicję itd. Stąd też w zespole lotniskowca, obok okrętów eskorty, którymi są dwa atomowe krążowniki klasy „Ticonderoga”, sześć do ośmiu fregat oraz dwa szturmowe atomowe okręty podwodne, wchodzą też tankowce, okręty amunicyjne itd. Lotniskowce posiadają olbrzymią siłę uderzeniową. Lotnicze skrzydło (pułk) na pokładzie każdego lotniskowca uderzeniowego, to 90 samolotów różnego przeznaczenia. Najwięcej jednak maszyn to uniwersalne samoloty klasy F/A 18 Hornet, przystosowane również do przenoszenia taktycznych ładunków nuklearnych. Przypuszcza się, iż każdy lotniskowiec przewozi non stop ok. 300 jednostek broni jądrowej; na wypadek jakiegoś większego konfliktu. Niemniej, te wielkie jednostki, mimo że stanowią formacje typowo uderzeniowe, są w jakiś sposób rzecznikami pokoju. Przykładowo, jeżeli w dowolnym rejonie świata pojawi zespół lotniskowca, to lokalny konflikt prawie zawsze natychmiast zamiera. Czynnik strachu jest atawistycznie zasadniczym determinantem. Zgodnie z aktualną doktryną amerykańską nie atomowy okręt podwodny i nie rakieta strategiczna, tylko wielki lotniskowiec jest podstawowym czynnikiem militarnego nacisku w stosunkach międzynarodowych. Trudno się zresztą dziwić: praktycznie 76% obszaru Ziemi to morza i oceany i niewiele jest miejsc gdzie samoloty z lotniskowców nie mogłyby skutecznie razić. Możliwość wykonania szybkiego uderzenia w dowolnym praktycznie punkcie globu, to jest właśnie poziom współczesnych wojsk szybkiego reagowania [19]. Natomiast strategiczne rakiety, bombowce itd. istnieją nadal, lecz służą one do siłowego zabezpieczenia. Przeciwnik musi się liczyć, że w razie eskalacji konfliktu, siły strategiczne zostaną użyte.

Chiny uważają się, ale tylko one same, również w kategoriach militarnych za potęgę numer dwa na świecie. Prawda jest jednak bardziej skomplikowana. Około trzymilionowa armia kosztuje. Jest to w 70% armia z poboru. Jednak te siły zbrojne posiadają mocno przestarzałą strukturę, wyposażenie, system szkolenia itd. Są też spektakularne sukcesy, np. Chiny budują rakiety strategiczne. Tu sukcesy są zauważalne, bo przecież loty kosmiczne organizuje się w oparciu o tę samą technologię. Jednak już utrzymanie rakiet na paliwo ciekłe w gotowości startowej, to olbrzymi problem techniczny. W 2011 r. Chińczycy pokazali, ale tylko na zdjęciach, swoją najnowszą konstrukcję lotniczą: rewelacyjny rzekomo samolot I-20. Eksperci zaraz zauważyli, że sylwetka jest identyczna z amerykańskim F-22 Raptor. Doszło do wątpliwości, czy ten samolot rzeczywiście istnieje. W efekcie prototyp samolotu pokazano w trakcie kołowania na pasie startowym. Szybko jednak okazało się, iż „designe” można łatwo skopiować, lecz dalej zaczynają się problemy: Chińczycy nie posiadają do tej maszyny silników, a Rosjanie nie są zbyt skorzy sprzedawać zainteresowanym, najnowocześniejszych technologii… Do I-20 zamontowano więc stare konstrukcyjnie silniki z myśliwca Szenjang. Silniki nowej generacji, Chińczycy mogą mieć, zdaniem ekspertów, za jakieś 10 lat…

Chińczycy stopniowo uzupełniają swój arsenał rakiet strategicznych. W tym celu, na górzystych terenach Sinkiangu oraz w Mongolii Wewnętrznej wydrążono cały system podziemnych silosów. Same rakiety natomiast to tylko udoskonalone mutacje radzieckich pocisków z lat 1960’. W ramach technologii kosmicznych Chiny używają rzecz jasna wielkich gabarytowo rakiet o dużej mocy startowej. Jednak są to oczywiście rakiety na paliwo ciekle, które są mało przydatne w technologii militarnej. Tu znów trzeba dodać że silniki do tych rakiet, to nic innego jak rosyjskie modele, konstrukcji Walentina Głuszki. To zresztą żadna ujma, ponieważ Amerykanie też używają tych silników do części swych rakiet kosmicznych.

Chiny prowadzą również bardzo ambitną politykę zagraniczną. Posługują się przy tym także argumentami przewagi militarnej. Sąsiedzi, jak Taiwan, a nawet Japonia czy Wietnam, są poważnie zaniepokojeni chińskimi zbrojeniami. Prawda jest jednak niejednoznaczna. Chińskie siły zbrojne, mimo że pozornie potężne, stanowią tylko model armii w stylu z lat 1970’. Wszystko wskazuje, że aktualne chińskie kierownictwo polityczne nie jest intelektualnie zdolne do przejścia do reform systemu państwowego i militarnego. Armia chińska musiałaby przy okazji reform zostać zredukowana.

* * *

Nie można natomiast w żaden sposób lekceważyć sił zbrojnych Rosji. Po przejściu okresu nowej Wielkiej Smuty – jak nazywa się aktualnie etap prezydentury Borysa Jelcyna, przystąpiono do reform systemu militarnego. Wobec deficytu środków, armię poważnie zredukowano liczebnie. Niemniej pozostawiono i poważnie zmodernizowano dwa kluczowe jej elementy, czyli Specnaz i strategiczne siły rakietowe [20]. Po ok. dwóch dekadach eksperci oceniają, że Rosja straciła tymczasem poważny atut: brak jej po prostu militarnych narzędzi po to, by móc powtórzyć słynne naciski na Europę z lat 1970’. Jednak Rosja nadal pozostaje w militarnym numerem dwa w uzbrojonym świecie. Warto również przypomnieć, iż duże sumy do budżetu państwa wnosi eksport broni. Rosja wysunęła się zdecydowanie na pozycje numer dwa w świecie, po Stanach Zjednoczonych, jako eksporter uzbrojenia. Buduje dla Indii serię atomowych okrętów podwodnych. Indiom oraz Brazylii i Wenezueli, dostarcza też systemy przeciwlotnicze. Także nowoczesne czołgi klasy T-90, transportery i inne systemy. Również eksportuje i dużo na tym zarabia, zwłaszcza na nowym modelu słynnego karabinka Kałasznikowa, czyli rożnych mutacje AK-74, o kalibrze 5,45.

Zdaniem wielu analityków Rosja w stosunku do Stanów Zjednoczonych posiada obecnie znaczącą przewagę ładunku pierwszej salwy nuklearnej. Wynika to właśnie z sytuacji, że starano się za wszelką cenę zachować ten bardzo ważny atrybut mocarstwowości. Że przy tym oszukiwano, nie dotrzymywano realizacji porozumień rozbrojeniowych w szczególności START I a później START II –  to oczywiście smutna, przede wszystkim dla kontrpartnera układu prawda.

Podstawą nuklearno-rakietowej potęgi Rosji są częściowo stare generacyjnie rakiety klasy R-36, określane w kodzie NATO jako SS-18 Shatan. Jak pisano już wyżej, gros silosów z tymi pociskami jest skupionych poszczególnych gniazdach, generalnie wzdłuż transsyberyjskiej magistrali kolejowej. Mimo że wiek rakiet tego typu przekracza niejednokrotnie 30 lat, te, które są umieszczone w silosach, pozostają nadal sprawne i gotowe do użytku. Są to wielkie, dwustopniowe pociski na paliwo ciekłe. Masa startowa tego typu rakiety przekracza nieco 200 ton. Istnieje w chwili obecnej kilka podstawowych mutacji Shatana. Rakiety te, o zasięgu około 16 tys. km, mogą przenosić wariantowo albo 10 niezależnie naprowadzających się głowic o sile wybuchu po 350 KT, alternatywnie po 3 głowice o mocy po 1 lub 3 MT lub też pojedynczą głowicę o trudno wyobrażalnej mocy 20 MT. Rosjanie podają, że posiadają tylko 180 sztuk tej wielkiej rakiety. Faktem jest że około 90 dalszych pocisków tego typu zostało przystosowanych do cywilnych celów kosmicznych. Tu z przeróbką nie ma specjalnych kłopotów, tylko do niektórych dokłada się trzeci dolny człon, co znacznie zwiększa możliwości transportowe. Wracając jednak do kategorii czysto militarnych – trudno Rosjanom uwierzyć, że pozostałe rakiety klasy Szatan dobrowolnie rozmontowali i przeznaczyli na typowy złom. Rzeczywiście rozmontowano rakiety starszych generacji. Z niepełnych danych wynika, że pocisk SS-18 wyprodukowano w ZSRR w około 900 egzemplarzach. Prawdopodobnym jest, że dzisiejsza Rosja dysponuje nadal ok. 500 egzemplarzami tej wielkiej rakiety. Tym bardziej że opanowano w tym państwie już dość dawno technologie wystrzeliwania rakiet na zimno, co powoduje, że z tego samego silosu traktowanego jako wyrzutnia można strzelać w odstępach ok. 2 minut. Problem liczby tych rakiet wynika z technologii ich utrzymywania w gotowości startowej, rakiet napędzanych paliwem ciekłym. Otóż nadtlenku wodoru nie można, mimo chłodzenia i stosowania również innych technologii zabezpieczających, utrzymywać w zbiornikach rakiety w stanie pełnego napełnienia dłużej niż dwadzieścia kilku minut, bo po prostu sam wybuchnie. Technologia bazowania rakiet militarnych z paliwem ciekłym w praktyce i w pewnym uproszczeniu, wygląda więc tak, że zbiorniki rakiety  napełnia się, po czym rakieta uzyskuje gotowość startową na te circa 20 minut. Po czym następuje faza wypróżniania zbiorników. Ten permanentny proces trwa nieprzerwanie a rakieta uzyskuje gotowość startową co około 6 godzin. Tu można dodać, że północni Koreańczycy nie przestrzegali reżimów napełniana rakiet na paliwo ciekłe. Konsekwencją były wybuchy wodzianu wodoru, i zniszczenie na wyrzutniach naziemnych dwóch rakiet typu Taepodong 3. W dawnym Związku Radzieckim, gdzie pewne procesy technologiczne usiłowano zastąpić ideologią, doszło też do co najmniej kilkunastu wybuchów paliwa – zarówno rakiet kosmicznych na wyrzutniach, jak też rakiet w militarnych w silosach. Po drugiej stronie globu, czyli w USA, też zdarzały się wybuchy paliwa rakiet na wyrzutniach. Dodać trzeba, że jeżeli chodzi o paliwo ciekłe, to praktycznie jedynym paliwem, które daje odpowiedni ciąg jest wspomniany nadtlenek wodoru. Oceniając zasób tych wielkich gabarytowo, ale również bardzo skutecznych rakiet, trzeba założyć, że Rosjanie są w stanie wystrzelić, w ramach pierwszej salwy, około 200 Shatanow a w ciągu dalszych kilku godzin, o ile im starczy czasu rzecz jasna, kolejno dalsze. Pragmatyka i logistyka tych rakiet jest taka, że po wystrzeleniu jednej, natychmiast do silosu wtaczana jest druga już częściowo napełniona paliwem i z zamontowaną głowicą. Wystrzelenie jest uwarunkowane tylko i wyłącznie czasem uzupełniania paliwa. Przyjmuje się, że na jeden silos przypadają trzy rakiety.

W ostatnich latach funkcjonowania ZSRR, a następnie trudnego okresu przejściowego, mimo olbrzymich problemów, nie zaprzestano prac nad konstrukcją nowej generacji pocisków. Z kilku konstrukcji nad którymi pracowano, do użytku operacyjnego weszła jednogłowicowa rakieta RS-12M-1 – szerzej znana jako Topol M. Ten pocisk na paliwo stałe, o wadze tylko 47 ton, jest w chwili obecnej najbardziej mobilnym rosyjskim środkiem rażenia. Odpalony może być w każdej chwili. Nie wymaga dodatkowych przygotowań. Rosjanie podają, że posiadają w gotowości operacyjnej 190 Topoli, bo tyle ustalono w układzie START. Nie ma jednak żadnej wątpliwości, że tych pocisków, już w kilku wersjach, istnieje ok. 350-370. Kolejny, nowoczesny, wielogłowicowy pocisk rakietowy, to RS-24 Jars. Ta rakieta wchodzi dopiero na uzbrojenie, ma sukcesywnie zastępować RS-36M. Na razie jednak instaluje się ją na mobilnych wyrzutniach kołowych. Szacuje się, że w chwili obecnej Rosja może posiadać do 45 pocisków tego typu. Również nowoczesnym systemem jest RT-23 Mołodiec. Prace nad tym segmentem rakietowym rozpoczęto już w 1976 r. W latach 1980’ próby i wdrożenia zostały przerwane. Powrócono do prac konstrukcyjnych dopiero pod koniec lat 1990’ i od roku 2005, kolejne zestawy wchodzą do służby. Oile Jars jest typowa rakietą ciężką. Chociaż jej waga nie przekracza 60 ton, to pociski systemu Molodiec należą do rakiet lekkich, o nieco mniejszym zasięgu, bo tylko 9000 km. Jednak mogą być odpalane zarówno z silosów, jak też zestawów kołowych i kolejowych. Tych pocisków może być około 150, z tego praktycznie wszystkie znajdują się w gotowości bojowej.

Rosjanie zdają sobie sprawę z części kosztowej ambitnych programów rakietowych. Stąd też starają się ujednolicić typ rakiety tak, aby ten sam pocisk mógł być bazowany i odpalany zarówno z wyrzutni lądowych, jak też okrętów podwodnych. Taką rakietą miała być uniwersalna Buława, oparta konstrukcyjnie na pocisku Topol M. Na razie jednak kolejne próby odpaleń przynoszą dokładnie połowiczne efekty. Po prostu, prawie polowa prób kończy się awarią. Trudno w tej chwili jednoznacznie odpowiedzieć na pytanie, czy Rosja zainstaluje posiadane już Buławy na swoich nowych okrętach podwodnych, Alternatywą, i to bardzo prawdopodobną, jest rakieta Lajner, oparta na używanej już od ok. 10 lat rakiecie Siniewa. Trzeba jasno powiedzieć: wielogłowicowa rakieta Lajner jest bronią bardzo groźną. Ma przenikać przez każdą hipotetyczną obronę antyrakietową, a w jej czopku bojowym mieści się aż 10 samodzielnie naprowadzających się głowic. Jest ona porównywalna, w kategoriach operacyjnych, z amerykańską rakietą Peacekeeper, którą Amerykanie, jak się wydaje, zbyt pochopnie rozmontowali…

Zgodnie z rosyjską doktryną wojenną, gros środków przenoszenia broni masowego rażenia umieszczonych jest na lądzie. Jednak i w kategorii okrętów podwodnych, nosicieli strategicznych rakiet, widać obecnie postępy. Wszedł już do służby drugi okręt klasy Borej – Aleksander Newski. Uzbrojony jest w 16 pocisków. Nie wiemy jednak, przynajmniej na chwilę obecną, czy w jego bojowych kasetach znajdują się Buławy, Lajnery czy Siniewy. Groźne są rzecz jasna wszystkie. Rosjanie utrzymują w linii 9 okrętów klasy Delta IV oraz 5 starszych – klasy Delta III. Prawdopodobnie dalsze trzy Delty pozostają w rezerwie do ewentualnego wykorzystania. Nie są to już okręty zbyt nowoczesne. Przede wszystkim wytwarzają zbyt dużo szumów kawitacyjnych, przez co są stosunkowo łatwe do namierzenia przez sonary pasywne drugiej strony. Jednak każdy z nich przenosi po 16 rakiet, aktualnie po modernizacjach, klasy Siniewa. Nie potwierdza się też optymistyczna dla strony zachodniej informacja, że Rosja wycofała definitywnie wszystkie sześć podwodnych olbrzymów klasy Akuła, pozostawiając tylko jeden do strzelań eksperymentalnych. Akuły, które przez kilka lat pozostawały w bazie w Siewieromorsku, zostały poddane przeglądom i remontom. Najprawdopodobniej trzy z nich stacjonuje już w bazie w Zapadnej Lipie, gdzie już przedtem przewieziono kasety z rakietami Siniewa.

To znacznie wzmacnia potencjał nuklearny Rosji do czasu, aż wejdzie do użytku dalszych pięć nowoczesnych okrętów klasy Borej, prawdopodobnie z rakietami Lajner. Trzy pierwsze, czyli dwa już pływające okręty projektu 955 oraz trzeci, znajdujący się w fazie prób, posiadają stanowiska startowe dla 20 rakiet. Natomiast pozostałe projektu 955 A, będą już nosicielami 24 pocisków każdy. Do roku 2020 Rosja ma posiadać dziewięć okrętów klasy Borej.

Rosja posiada też, generalnie z dawnych lat, samoloty przystosowane do przenoszenia pocisków z bronią nuklearną. Jest to ok. 40 dalej nowoczesnych strategicznych bombowców Tu-160, ok. 50 starych, śmigłowych, ale o wielkim udźwigu TU-95, tych samych, które aktualnie niepokoją prawie co tydzień obronę przeciwlotniczą państw NATO oraz ok. 50 sprawnych naddźwiękowych bombowców klasy TU-22M. Wszystkie te samoloty, wykonując swoje zadania operacyjne, nie muszą wchodzić w strefę obrony przeciwnika. Po prostu wystrzeliwują swoje pociski rakietowe i samosterujące z odległości od 300 do 2000 km.

Oczywiście taktyczne ładunki jądrowe mogą przenosić praktycznie wszystkie samoloty szturmowe i wielozadaniowe. Może ładunkami jądrowymi strzelać także klasyczna artyleria w kalibrach 100 mm i powyżej, nie mówiąc już o artylerii rakietowej. Jednak dalej z siłami zbrojnymi Rosji już tak dobrze nie jest. Dzisiejsza armia tego państwa, a to tylko, jak na Rosję ok. 840 tys. ludzi. Co prawda w pierwszej (przeszkolonej) rezerwie znajduje się aż 4,5 mln ludzi, ale ta rezerwa osobowa z wolna się starzeje i traci sukcesywnie kwalifikacje. W siłach zbrojnych Rosji w pierwszej linii znajduje się ok. 3500 czołgów. Teoretycznie dużo, ale tylko nieco ponad 300, to bardzo nowoczesne T-90. Cala reszta to niezbyt udane T-80/82 i doskonale znane u nas T-72M. Dalszych ok. 7000 maszyn jest w rezerwie, ale to wszystko czołgi T-72. Jeżeli chodzi o transportery, to w służbie pozostaje zarówno kołowe BTR, jak i gąsienicowe BWP. Nowoczesny BWP-3 dopiero praktycznie wchodzi do uzbrojenia.

Stosunkowo słaba i niedoinwestowania, poza okrętami podwodnymi, jest aktualnie marynarka wojenna. Również technologia dronów jest w chwili obecnej dość daleko w tyle. Rosja zamierza zakupić w Izraelu licencje na wdrożenie mobilnego drona. Jednak największą asymetrią w stosunku do USA jest budżet militarny. Teoretycznie rocznie w ostatnich latach Rosja wydaje równowartość ok. 88 mld USD. Do tego należy doliczyć około 20 mld ukrytych w budżetach innych ministerstw. Ale i tak jest to ok. 8,5 krotnie mniej niż wydają w uproszczeniu na zbrojenia Stany Zjednoczone. Większy ilościowo budżet militarny niż Rosja posiadają także Chiny. Jednak ponad połowę budżetu militarnego Państwa Środka pochłania bieżące utrzymanie 3,5 milionowej armii, czyli typowe koszty wegetatywne.

Stany Zjednoczone uważane są, i słusznie, również za militarne mocarstwo numer jeden na świecie. Posiadają aktualnie 1,5 mln armię, obecne są wojskowo w wielu rejonach świata, posiadają wspomniane już wyżej 10 wielkich lotniskowców uderzeniowych i szereg innych bardzo nowoczesnych systemów broni. Jednak moc USA nie jest nieograniczona. W Europie USA mają w tej chwili już tylko skromne resztki słynnej 7 Armii Polowej. W Niemczech obecnie stacjonuje ok. 48 tys. Amerykanów. W Zjednoczonym Królestwie ok. 10 tysięcy i prawie tyle samo we Włoszech. W pozostałych państwach NATO już tylko po kilkuset. Co prawda w magazynach pozostaje uzbrojenie i logistyka dla ewentualnego powrotu wszystkich trzech korpusów wspomnianej armii, ale realnie przerzut przez Atlantyk ok. pół miliona żołnierzy nie byłby operacją prostą. Zarówno transport lotniczy, jak i  szczególnie morski, byłby problematyczny. Rosyjskie szturmowe podwodne Alfy dysponują nowoczesnymi, skradzionymi zresztą konstrukcjami torped wz. 48. Do części z nich dołączono głowice atomowe…

USA pozostając doktrynalnie jeszcze w epoce reganowskich gwiezdnych wojen. Nastawiły się na wytworzenie zupełnie nowatorskich systemów broni, przy których klasyczny ofensywny system rakietowy ma być po prostu bezradny. Rzeczywiście w technologiach dział laserowych i elektromagnetycznych dokonano ogromnego skoku. Jednak operacyjne wdrożenie tych systemów, to jeszcze ok. 15-20 lat i istnieje tu bardzo duża luka. Kolejne ekipy administracji amerykańskich prezydentów uważały, że posiadany potencjał rakiet ofensywnych wystarczy, aby zrównoważyć zasób rakietowo-nuklearny Rosji, przez okres – dopóki Stany Zjednoczone nie zbudują zupełnie nowych technologii wojskowych. Założenie to może i było teoretycznie słuszne, ale badania i wdrożenia, mimo że pozytywne, po prostu się przeciągają.

Dzisiaj USA posiadają 450 rakiet Minuteman III w silosach z zapasem ok. 100–120 sztuk. Te dalej nowoczesne rakiety mogą być odpalane natychmiast w technologii na zimno a wyrzutnie-silosy, podobnie jak rosyjskie, mogą być natychmiast doładowane. Jednak tych rakiet jest tylko 550, czyli 1500 głowic. Oczywiście Stany Zjednoczone, hołdując koncepcji triady, starają się utrzymać mniej więcej równoważną ilość rakiet również na morzu i w powietrzu. Na oceanach USA dysponują w dalszym ciągu 18 wielkimi okrętami podwodnymi klasy Ohio. Każdy z nich dysponuje 24 bardzo mobilnymi pociskami Trident II. Są to rzecz jasna pociski wielogłowicowe, a każdy z nich może razić niezależnymi głowicami 10 celów. Ponadto, zarówno najnowsze okręty podwodne klasy Wirginia oraz starsze typu Los Angeles, posiadają wyrzutnie torpedowe, przystosowane do wystrzeliwania pocisków z rodziny Cruise. To zwielokrotnia możliwości uderzeniowe amerykańskiej marynarki, mimo że rakiety klasy Criuse zasadniczo nie są bronią pierwszego uderzenia. W możliwościach ataku spod wody USA przewyższają możliwości Rosji. Również amerykańskie lotnictwo strategiczne jest silniejsze od rosyjskiego. Aczkolwiek słynne, prawie niewidzialne dla radarów, bombowce B-2 mogą działać tylko w warunkach nocnych.

Gigantyczny budżet militarny USA, zamykający się kwotą ok. 670 mld USD pozwala finansować, oprócz bieżących wydatków, także innowacyjne prace badawcze. Jednak wobec permanentnego deficytu płatniczego państwa, zapowiedziano już znaczące ograniczenia budżetu militarnego o ok. 80-110 mld USD. Nie będzie budowanych dwóch kolejnych lotniskowców a tylko jeden. Zatrzymano także realizację wielu innych programów. Samolotów F-22 Raptor, będzie tylko 300 a nie 800 itd. To są jednak problemy, które należało przewidzieć. Istnieje jednak problem znacznie większego rzędu – w możliwościach pierwszej salwy putinowska Rosja zdecydowanie przeważa nad USA. Po prostu, jeżeli Rosjanie odpaliliby większość swoich rakiet, to zniszczyliby doszczętnie Stany Zjednoczone. Problemami dyskusyjnymi jest natomiast to, czy amerykańskie rakiety, odpalone z wszystkich trzech podmiotów amerykańskiej triady zrobiłyby to samo. Oczywiście założeniem jest, że wszystkie amerykańskie okręty podwodne pozostałyby niezauważone i zdołałyby wystrzelić swoje pociski. Trzeba tu zauważyć, że wystrzeliwanie odbywa się z głębokości tylko 32 metrów. Pociski można odpalać co minutę, a okręt może poruszać się tylko z szybkością jednego węzła. Istnieje więc kilka znaków zapytania. Co do bombowców strategicznych, to pytanie musi brzmieć, czy zdążyłyby wszystkie, oprócz tych oczywiście dyżurujących, zarówno w powietrzu, jak też na pasach startowych, wystartować. Zauważyć ponadto trzeba również, że Rosja posiada znacznie większe terytorium, czyli znacznie więcej potencjalnych celów. To też problem dla Ameryki. Kolejnym pytaniem jest oczywiście to, w jaki sposób Amerykanie dali się wymanewrować w czasie rokowań nad układem START i w rezultacie zniszczyli swój najdoskonalszy pocisk rakietowy MX (Peacekeeper)?

Stratedzy nie mają wątpliwości. Obecnie paradoksalnie to Rosja przeważa, jeżeli chodzi o potencjał rakietowo-nuklearny. I to ona, bardziej niż przeciwnik, może zupełnie unicestwić Stany Zjednoczone – przy oczywiście olbrzymich zniszczeniach własnych. Konsekwentna rozbudowa i unowocześnianie rakiet dało pozytywne rezultaty. Stąd m.in. miękka w gruncie rzeczy polityka USA wobec poczynań Rosji w stosunku do terytorium Ukrainy, przy czym tu zauważyć trzeba, że zarówno Krym, jak też Charków, Donieck itd. są to bardziej rosyjskie niż ukraińskie tereny…

Wspomniana wyżej luka przewagi strategicznej potrwa ok. 15–20 lat. Później sytuację mają zmienić i to diametralnie, nowe amerykańskie systemy broni. Chociaż, jak z kolei zapewniają Rosjanie, ich Jarsy, Lajnery jak też Buławy i Topole przejdą przez każdy system antyrakietowy. Zarówno klasyczny, który oczywiście jest nieopłacalny, jak też ten nowy innowacyjny, który będzie powstawał za kilkanaście lat.

Istnieje jeszcze jeden, bardzo ponury aspekt. Jeden z wariantów rosyjskiego ataku na terytorium USA, przewiduje zdetonowanie w odstępach ok. jednominutowych, pięciu 20 megatonowych głowic w kalderze Yellowstone. Czyli każda kolejna głowica wybuchałaby w przysłowiowym leju po poprzedniej głowicy. Wtedy z przeważającym prawdopodobieństwem doszłoby do wybuchu superwulkanu, który zniszczyłby definitywnie, na okres co najmniej 10.000 lat ok. 1/3 terytorium USA. Wszelki komentarz jest tu zbyteczny.

Grupa państw o wielkich obszarach i ambicjach, zbroi się dziś w szybkim tempie. Należą do nich wymienione powyżej, a starające się militarnie dorównać Chinom, Indie czy Brazylia, która zaopatruje się głównie w Rosji. Nie chce jej ustąpić w wyścigu zbrojeń Argentyna, tej z kolei Chile... Spirala tego typu nakręca się nieustannie.

Odrębnym tematem jest rządzona po dyktatorsku Korea Północna. Śmierć Kim Dżon Ila kończy etap w dziejach tego państwa. Wyznaczony młody następca umacnia swoją władzę, m.in. eliminując konkurentów, w tym własnego wuja. Jednak wszystko wskazuje na to, że musi dopuścić do władzy część z licznego klanu Kimów. W dłuższym czasie o kierunku drogi politycznej tego kraju zadecyduje armia. Jest to pod względem liczebności czwarta armia świata, gromadząca pod bronią aż 1,2 mln ludzi. Armia północnokoreańska to jest ten element państwa, który dąży do utrwalenia istniejącego systemu. Dowództwo zdaje sobie sprawę z tego, że możliwość zwycięskiej wojny z południem minęła. Ta armia, którą Północ dysponuje, jest mało mobilna nienowocześnie uzbrojona itd. Jednak może dalej służyć jako część aparatu państwowego ucisku. Korea Północna będzie bardziej w kategoriach ekonomicznych uzależniona od Chin. Czy może nastąpić zjednoczenie? Będzie to zależało od układu sił między USA a Chinami.

Konkludując, stwierdzić można, iż w chwili obecnej trwa gorączkowy wyścig państw o pozycję w zglobalizowanym świecie. Obok innych płaszczyzn, z których niewątpliwie najważniejszą jest ekonomiczna, ten wyścig odbywa się też na płaszczyźnie militarnej. Dla świata zachodniego podstawowym dylematem jest to, czy tempo integracji państw zachodnich, a tu kluczowe są takie kwestie, jak ewolucyjne przekształcenie Unii Europejskiej w jedno państwo, oraz w ujęciu globalnym – swego rodzaju mariaż Paktu Północnoatlantyckiego i ANZUS, będą wyprzedzały różne tendencje odśrodkowe, jakie nieuchronnie globalizacji towarzyszą. Jeżeli tak, to globalizacja będzie procesem kontrolowanym. Tu istotnym aspektem jest też strona militarna. Zachód musi zachować przewagę, polegająca na strachu reżimów totalitarnych, jak też różnych grup dyspanseryjnych przed eliminacją...

Fot.: www.supervideo.com

_____________________________________
1. L. Pastusiak, Dyplomacja Stanów zjednoczonych, PWN,Warszawa1978, s.729-735. Por. L. Pastusiak, Pół wieku dyplomacji amerykańskiej 1898-1945, PWN, Warszawa 1974, s.211-218.
2. Szerzej. zob. Historia polityczna Dalekiego Wschodu. Praca zbiorowa pod. red. E. M. Żukowa, PWN, Warszawa 1986, s. 471 i nast.
3. R. Aron, The Grand Debate, Hamilton and co. NY 1976, s.134-141.
4. Szerzej. zob. R. Frelek, Historia zimnej wojny, PWN, Warszawa 1971.
5. Por. J. Slessor, Strategia zachodu, MON, Warszawa 1958, s.140-168.
6. E. Januła, T.  Truś, Wojna i komunikacja, [w:] Transport i komunikacja, nr 4/2008.
7. E. Januła, Następna wojna światowa, [w:] Dziś nr 9/1999.
8. Ibidem.
9. Szerzej. zob. E. Januła, Ile Breżniew miał czołgów, [w] Trybuna, nr 146/1998.
10. R. Close, Europa bez obrony, Anex, Upsalla 1978, s. 57-71.
11.Tarcza 76, MON, Warszawa 1977, s.34-41.
12. E. Januła, Wojna w Afganistanie, [w:] Dzis, nr 8, 2003.
13. M. Wolf, Człowiek bez twarzy. Autobiografia szefa Stasi, Świat książki, Warszawa 1999, s.371-389.
14. E. Januła, Jak zazbrojono ZSRR śmierć, [w:] Trybuna nr 28/1998.
15. The International Political System. Indiana State University. John Wiley and Sons, NY, London, Sydney, Toronto 2007, p. 357-369.
16. Z. Brzeziński, Wielka szachownica, Świat ksiazki, Warszawa 2004, s.267-278.
17. A. i H. Toffler, Wojna i antywojna, Świat książki, Warszawa 1998, s. 95-106.
18. B. Maszlanka, Cztery oblicza militaryzmu, MON, Warszawa 1971, s. 462-491.
19. E. Januła, J. Komański, Uderz i odskocz - Wojska specjalne, [w:] Przegląd, nr 26/2001.
20. S. Bieleń, Co dalej z Rosją, [w:] Dziś nr 6/2005.

Czytany 5679 razy Ostatnio zmieniany czwartek, 30 październik 2014 00:04