środa, 17 wrzesień 2014 07:01

Eugeniusz Januła: Czerwony agresor

Oceń ten artykuł
(6 głosów)

sow_czolgdr Eugeniusz Januła

Sowiety wkroczyły. Zarządzam ogólne wycofanie się na Rumunię i Węgry najkrótszymi drogami. Z Sowietami nie walczyć, tylko w razie natarcia z ich strony lub próby rozbrojenia naszych oddziałów… – taki rozkaz a raczej instrukcję otrzymały walczące rozpaczliwie na całym froncie polskie wojska rankiem 17 września 1939 r. Rozkaz ten budził zdumienie brakiem wyraźnego określenia sytuacji [1]. Bo na wojnie trzeba unikać dwuznaczności. Z agresorem po prostu się walczy…

Zanim jednak doszło do wydania tego dziwacznego rozkazu, zaistniał już znacznie wcześniej szereg innych dziwnych, ale tylko dla polskiego establishmentu, wydarzeń i zaskoczeń. 23 sierpnia, jak przysłowiowy grom z jasnego nieba, pojawił się komunikat o zawarciu miedzy ZSRR a Niemcami traktatu państwowego. Zaskoczenie było tym większe, że w Moskwie toczyły się w tym czasie francusko-brytyjsko-radzieckie rozmowy sztabowe na bardzo wysokim szczeblu. Miały one doprowadzić do zawarcia szerokiej koalicji antyniemieckiej i wygrania przez nią ewentualnej, ale bardzo prawdopodobnej wojny z Niemcami. Co prawda ówczesny ZSRR nie graniczył z Rzeszą Niemiecką ale tu sojusznicy zachodni zobowiązali się skłonić Polskę i Rumunię do „przepuszczenia” wojsk radzieckich przez swoje terytorium w celu uzyskania kontaktu bojowego z armia niemiecką [2]. Był to wielki problem, ponieważ w najlepszym dla obu państw wypadku ich terytoria stałyby się bazą wojenno-logistyczną dla Armii Czerwonej. Najbardziej prawdopodobna wersja to ta, że przy okazji wojny Związek Radziecki zagarnąłby co najmniej części terytoriów Polski i Rumunii. Dla bardzo sprawnej i wysoko profesjonalnej dyplomacji radzieckiej sprzeciw polski był oczywisty i to właśnie stanowiło dobry pretekst do zerwania rozmów sztabowych. W dniu podpisania słynnego traktatu Ribbentrop-Mołotow, ukazał się komunikat strony radzieckiej, w którym całą odpowiedzialność za zaistniałą sytuację zrzucano na Wielką Brytanię i Francję a przy okazji też na Polskę. Miało to oczywiście sugerować opinii publicznej, że ZSRR został prawie zmuszony do podpisania porozumienia z hitlerowskimi Niemcami.
Zaskoczenie było ogromne, gdyż nie tylko polska dyplomacja i wywiad, ale również podobne podmioty Zjednoczonego Królestwa i
Francji może nie nic, ale niewiele wiedziały o tym co się szykuje… Wstępne rozmowy między Rzeszą a ZSRR toczyły się w Moskwie prawdopodobnie już od czerwca, ale wobec hermetyczności Związku Radzieckiego, bardzo niewiele o tym wiedziano [3].

Pewien „przeciek” wyszedł tylko z ambasady japońskiej, która była oczywiście przeciwna, aby jej sojusznik nawiązywał bliskie stosunki z radziecką Rosją. II Oddział Sztabu Generalnego RP również niewiele mógł wskórać w działalności przeciwko Rosji, mimo że na kierunek wschodni kierowano znacznie więcej pieniędzy niż zachodni. Z czterech posiadanych w latach 1930 stacji nasłuchowych, trzy pracowały na wschodzie, a tylko jedna na korzyść zachodniego kierunku strategicznego. Działalność agenturalna, która dawała w stosunku do Niemiec znakomite rezultaty, m.in. takie, że II Oddział praktycznie znał już w początkach sierpnia szczegółowe kierunki operacyjne niemieckiego planu Weiss i przekazał je oczywiście marszałkowi Edwardowi Rydzowi-Śmigłemu [4]. Natomiast, jeżeli chodzi o wschód, czyli ZSRR, mimo ogromnych, jak na polskie możliwości, wydanych środków, wiedziano bardzo mało. ZSRR, jak praktycznie każde państwo totalitarne, było bardzo hermetyczne.

Oczywiście Polska przez cale dwudziestolecie międzywojenne przygotowywała się do wojny na wschodzie. Doskonale w Warszawie wiedziano, że czerwona Rosja będzie szukała możliwości i okazji odwetu za bitwę warszawską i jej następstwa. Dysproporcje militarne między Polską a ZSRR stale jednak rosły na niekorzyść naszego państwa. Dlatego właśnie nad planem wojny „W’ (Wschód) pracowano bardzo intensywnie, ciągle go zresztą modyfikując. Ostateczna wersja tego planu powstała w roku 1936. Później tylko go modyfikowano w zależności od napływających informacji. Ze strony polskiej miała to być wojna obronna. Zakładano oczywiście konfrontację typu 1:1 czyli, że inne państwa pozostaną co najmniej wobec Polski neutralne, a Francja przyjdzie, przez wysłanie sił ekspedycyjnych, Polsce z pomocą.

Przestrzeń między Polską a Rosją wyznaczają dwa zasadnicze kierunki strategiczne. Pierwszy i bardziej dogodny, to słynne „Wrota smoleńskie”, czyli ok. osiemdziesięciokilometrowa cieśnina na północ od błot Polesia. Tędy szedł kiedyś król Stefan Batory, później Napoleon Bonaparte, a w nieodległej przyszłości także armia Adolfa Hitlera. Tak samo i w drugą stronę Aleksander Suworow, Iwan Dybicz, Michaił Tuchaczewski i inni dowódcy rosyjscy… Drugi kierunek to stepy Ukrainy, gdzie brak było w zasadzie naturalnych rubieży obronnych, a przestrzeń wymagała zaangażowania wielkich mas wojska. Polski plan obronny został opracowany z założeniem, iż wielką rolę weźmie na siebie Pińska Flotylla Wojenna. To miał być zwornik między dwoma kierunkami. Kilkadziesiąt różnych armat i haubic na pokładach rzecznych kanonierek i monitorów stanowiło potężną siłę ognia. Flotylla Pińska była również przystosowana do przewożenia wojsk oraz towarów, co miało niemałe znaczenie na obszarach o bardzo niskiej gęstości linii kolejowych i porządnych dróg [5]. Polska budowała również na najważniejszych kierunkach operacyjnych solidne, betonowe fortyfikacje, natomiast na drugorzędnych – umocnienia polowe. Dysponowano jeszcze jednym atutem: granicy wschodniej strzegł Korpus Ochrony Pogranicza – autonomiczny rodzaj sił zbrojnych, specjalnie przystosowany nie tylko do strzeżenia granicy, ale również do prowadzenia działań w specyficznych warunkach tego obszaru strategicznego.

Na korzyść polskiej strony obiektywnie należy też odnieść sytuację kadrową w Armii Czerwonej. Wielka czystka, zapoczątkowana straceniem marszałka M. Tuchaczewskiego, toczyła się, jak swego rodzaju lawina przez tę armię. Rozstrzelano kolejnych marszałków Wasilija Blüchera i Aleksandra Jegorowa oraz głównego komisarza politycznego Armii Czerwonej Jakowa Gamarnika… Ofiarami czystek Józefa Stalina i Ławrentija Berii padło ok. 45 tys. oficerów i generałów radzieckich [6]. Co zo pozostali, to albo oportuniści, albo typowe miernoty. Do tych ostatnich należał na pewno Kliment Woroszyłow, który z trudem czytał i pisał oraz Siemion Budionny, który „pozostał” mentalnie na poziomie lat 1920’. Funkcje głównego komisarza politycznego objął prymitywny Lew Mechlis –bezwzględny wykonawca woli J. Stalina.

Z oportunistów na uwagę zasługuje Borys Szaposznikow, w tym okresie szef sztabu generalnego Armii Czerwonej. To ten sam, który opracował plan najazdu na Polskę w latach 1920’. Wcześniej był pułkownikiem armii carskiej. Dowódcy tacy, jak Gieorgij Żukow, znajdowali się wówczas na szczeblach dowódców pułku, a przyszły marszałek „dwóch narodów” Konstanty Rokossowski, również podejrzany o udział w rzekomym spisku, przebywał na słynnej Łubiance.

Polski plan obrony zakładał, trochę na ślepo, że Rosjanie uderzą siłą ok. 2,5 mln żołnierzy na obu głównych kierunkach strategicznych, z głównym wysiłkiem na Białoruś i Wrota smoleńskie. Stąd podstawowe linie polskich fortyfikacji umieszczono właśnie tutaj. Również działania Flotylli Pińskiej miały być skierowane na korzyść tego kierunku. Sądzono, że Rosjanie będą potrzebowali około trzech tygodni, aby przełamać nadgraniczne, mocne, mimo że niedokończone, umocnienia. Następnie, zanim przeciwnik rozwinie siły do głębokiej operacji, wyjdą polskie przeciwuderzenia… Z kolei na Ukrainie zamierzano wykorzystać dużą liczbę polskiej kawalerii do opóźniania, oskrzydlania i blokowania przeciwnika. Zakładano, opierając się na doświadczeniach wojny polsko-bolszewickiej, że właśnie logistyka będzie bardzo słabą stroną atakujących „Czerwonych”[7]. Zakładając, że Polska zamierzała użyć całości posiadanych sił, czyli ok. 1,8 mln żołnierzy, plan obrony miał wszelkie szanse powodzenia… o ile z pomocą przyszłaby Francja.

Sytuacja w połowie września 1939 r. była jednak diametralnie inna. Gros polskich sił walczył w dalszym ciągu na froncie zachodnim, chociaż sytuacja strategiczna była już przesądzona. Po stronie polskiej zawiodło przede wszystkim dowodzenie na szczeblu strategicznym i operacyjnym. Tereny wschodnie były praktycznie ogołocone z wojska. Na bazie KOP zmobilizowano co prawda trzy dywizje piechoty i jedną brygadę kawalerii, jednak te wielkie jednostki odeszły na zachód… Na Kresach pozostały skromne resztki. To był kolejny błąd E. Rydza-Śmigłego, mimo że nie znał on rzeczywistych zamiarów przeciwnika, mógł sobie zdawać sprawę, że nic tak nie ośmiela do agresji, jak brak środków przeciwdziałania. Prawie zupełnie ogołocone zostały polskie umocnienia w rejonie Baranowicz, Łuninca i Sarn. W miejsce pułków pozostały tam skromne kompanie, a na skrzydłach rejonów umocnionych ziały pustką operacyjną wielkie luki… Po 10 września zaczęto ściągać z okrętów również marynarzy Flotylli Pińskiej, formułując z nich oddziały piechoty [8]. Tymczasem sama Flotylla, przy pomocy niewielkich sil lądowych, mogła skutecznie paraliżować ruchy nieprzyjaciela.

B. Szaposznikow, który, podobnie jak dwadzieścia lat wcześniej, opracowywał plan agresji, zbytnio się nie wysilał. Po prostu powtórzył ogólny zarys swej starej koncepcji z czasów ofensywy M. Tuchaczewskiego. Zakładał, że tym razem wojska radzieckie będą dysponowały totalną przewagą.

3 września ludowy komisarz obrony K. Woroszyłow nakazał osiągniecie gotowości bojowej w trzech okręgach wojskowych: Kijowskim, Specjalnym i Białoruskim. Z wojsk tych okręgów utworzono dwa fronty: Białoruski, pod dowództwem komandarma Michaiła Kowaliowa i Ukraiński, pod kierownictwem Siemiona Timoszenki – „starego znajomego Polaków” z kampanii polsko-bolszewickiej, podczas której dowodził jedną z dywizji w konnej armii S. Budionnego.

Każdy front składał się z trzech armii. Łącznie wojska agresora tworzyło 9 korpusów piechoty, 5 korpusów kawalerii oraz 2 korpusy i 12 samodzielnych brygad pancerno-zmechanizowanych. Liczebność tych wojsk to 620 tys. ludzi, 4700 czołgów i 3200 samolotów. Warto zwrócić uwagę, że nominalnie siły pancerne i lotnicze znacznie przewyższały niemieckie użyte przeciwko Polsce…

Zaskoczenia militarnego w odróżnieniu od dyplomatycznego nie było. Lokalni dowódcy już od dłuższego czasu dostrzegali oznaki przygotowań po radzieckiej stronie. Stad plutony, kompanie, szwadrony a tylko gdzie niegdzie bataliony po stronie polskiej, podjęły walkę. Większych jednostek niestety nie było. Umocnione rejony: „Sarny”, „Baranowicze” i „Łuniniec” broniły się po kilka dni. Tyle, że wojska radzieckie przeszły obok umocnień przez niebronione wielkie luki. Armii „Baranowicze” – kluczowej w polskim planie obrony na wschodzie po prostu nie było. Przeznaczone dla niej dywizje i brygady broniły się przed Niemcami na zachodzie… Grupa operacyjna „Polesie” dopiero się formowała z zapasowych, trzeciorzutowych jednostek. Powstawała również bardzo słaba grupa operacyjna gen. Wilhelma Orlika-Rückemanna, złożona głownie z resztek żołnierzy KOP oraz spieszonych marynarzy Flotylli Pińskiej Te oraz inne znacznie mniejsze jednostki podjęły walkę, niejednokrotnie lokalnie uzyskując powodzenie.

29–30 września wojska gen. W. Orlika-Rückemanna rozbiły w rejonie Szacka radziecką 52. dywizję strzelców. Liczebność strony polskiej, to ok. 2500 ludzi, natomiast radziecka dywizja była jednostką pełnoetatową, liczącą w sumie prawie 12 tys. żołnierzy. Sukcesy bojowe o znaczeniu lokalnym w starciach z siłami ZSRR odniósł też gen. Franciszek Kleeberg, dowódca grupy „Polesie”. Jednak SGO „Polesie”, przynaglana rozkazami naczelnego wodza, skierowała się pośpiesznym marszem na zachód [9]. Marszałek E. Rydz-Śmigły widział w tym zgrupowaniu swego rodzaju ostatnią szansę na opóźnienie pochodu Niemców i uzyskanie czasu, niezbędnego do ewakuacji walczących jeszcze wojsk do Rumuni i na Węgry. Rosjanom nie udało się też zająć z marszu Grodna, gdzie nieliczne oddziały Wojska Polskiego, z pomocą harcerzy, zniszczyły ponad 60 czołgów przeciwnika.

Jednostki radzieckie, mimo wielokrotnej przewagi, wcale nie mogły uznać tej teoretycznie małej dla siebie wojny za nadzwyczaj udaną. Idące na czele związki pancerne ponosiły wielkie straty a czołgi BT-26 paliły się, jak pochodnie nie tylko po trafieniach z polskich rusznic przeciwpancernych Ur, ale niejednokrotnie od ognia karabinów maszynowych. Z kolei radzieckie samoloty w bezpośrednim boju okazywały się gorsze od polskich PZL P.11. Tyle, że tych ostatnich na wschodzie było zaledwie kilkanaście.

W dniach 20–23 września front białoruski osiągnął rubież Wilno-Grodno-Brześć. Niestety, na terenie węzła kolejowego Brześć agresor przechwycił kilkanaście polskich transportów wojskowych, które już 17–18 września miały odejść na południe w celu obrony „przedmościa rumuńskiego”. Przechwycenie prawie 40 tys. żołnierzy oraz wielkiej liczby uzbrojenia i wyposażenia obciąża i kompromituje bardzo polskie dowództwo. Przecież wystarczyło wysunąć na wschód, w rejon Kobrynia, przynajmniej wzmocniony pułk piechoty w celu opóźniania Rosjan. Innej drogi do Brześcia ze wschodu wówczas nie było, chyba że Rosjanie chcieli pójść przez błota i bagna bronione w dalszym ciągu przez marynarzy polskiej flotylli rzecznej [10].

Pod Lwów, oblężony już przez Niemców, Rosjanie podeszli 19 września. Gen. Władysław Langner poddał to miasto Armii Czerwonej na warunkach honorowych, których jednak strona radziecka w niczym nie dotrzymała. Gen. F. Kleeberg stopniowo w walkach wycofywał swoje wojska na zachód, zachowując przez dłuższy czas swobodę ruchów operacyjnych. Na poleskich bagnach broniący się i swoich okrętów marynarze stopniowo przechodzili do walk o charakterze partyzanckim Okręty zatapiano, aby nie wpadły w ręce wroga. Dwa stosunkowo duże ugrupowania partyzanckie, złożone z polskich żołnierzy i marynarzy, utrzymały się na Polesiu aż do wojny niemiecko-radzieckiej. Podobnie sytuacja kształtowała się na Wołyniu, gdzie działało kilkanaście drobnych grup partyzantki polskiej.

Tuż za formacjami Armii Czerwonej, szły jednostki osławionego NKWD. Kierował nimi osobiście zastępca Ł. Berii, Wsiewołod Mierkułow. To właśnie on zarządzał masowe egzekucje i natychmiastowe deportacje oraz nadzorował, aby polscy oficerowie, wzięci do niewoli, trafiali do obozu w Starobielsku… Rosjanie łącznie wzięli do niewoli ok. 250 tys. polskich żołnierzy. Cześć z nich zwolnili, ale ok. 80 tysięcy wywieźli do obozów na Syberii. Podobnie, jak polskich policjantów. Rozstrzeliwali natomiast z reguły żołnierzy KOP u oraz żandarmów wojskowych.

J. Stalin, a w jego imieniu komisarz L. Mechlis ciągle poganiali dowódców do jak najszybszego tempa ofensywy. Do układu Ribentrop-Mołotow był dołączony protokół wraz z mapą, gdzie oznaczono, jakie rejony ma zająć Wehrmacht, a które Armia Czerwona. Jednak serdeczni rzekomo sojusznicy nie mieli do siebie zaufania. Każdy starał się zagarnąć jak najwięcej polskiego terytorium. Tu trzeba stwierdzić wyraźnie, że Rosjanom po prostu niewiele się udało. Mimo że czekali do 17 września, czyli do czasu, kiedy w Moskwie stwierdzono ze kampania wojenna jest już rozstrzygnięta, to spacerek wojenny, jaki planowano po stronie „Czerwonych”. przekształcił się w co najmniej kilkunastu rejonach w ciężkie przewlekle walki, które bynajmniej wielkiej chwały przeciwnikowi nie przyniosły. Tu trzeba dodać że działania wojenne na wschodzie obserwowali też Niemcy. Były im nijako potrzebne materiały dla ocen możliwości bojowych Armii Czerwonej [11]. Niemieckie samoloty obserwacyjne wysokiego pułapu Arado wielokrotnie wlatywały nad tereny wschodnie Polski i prowadziły obserwacje. Również po wymianie polskich jeńców między ZSRR a Niemcami, ci ostatni przesłuchiwali tych nielicznych polskich oficerów, którzy walczyli z Armią Czerwoną z znaleźli się po stronie niemieckiej.

Kampania wrześniowa na wschodzie jest stosunkowo mało znana polskiemu społeczeństwu. Nie toczyły się tam walki na skalę wojny z Niemcami. Wysiłek polskiego, niestety źle dowodzonego na najwyższym szczeblu, żołnierza był jednak niemniejszy, choć bezowocny w kategoriach politycznych Bezimiennym w olbrzymiej większości bohaterom walk na tym froncie należy się pełna cześć i chwała.

Fot. www.caw.wp.mil.pl

_______________________________________________
1. T. Jurga, U kresu drugiej Rzeczypospolitej, KiW, Warszawa 1979, s. 447 i nast.
2. D. M. Proektor, Wojna w Europie 1939-1941, Warszawa 1966, s. 133-135.
3. Szerzej. S, Zabiełło,  Na posterunku we Francji, Warszawa 1967, s. 10-12.
4. Por. L. Gondek. Działalność Abwehry na terenie Polski 1933-1939, MON, Warszawa 1974, s. 348 i nast.
5. Szerzej. E. Januła. Walki o Górny Śląsk w1939 roku, <http.www.Silesia-Schlesien.com> wejscie.08.09.2014
6. G. Żukow. Wspomnienia i refleksje, MON, Warszawa 1976, s.131 i nast.
7. CAW. Warszawa. Plan W.Teczki.3-7.1934-1938 Nr 278-286.
8. Wojna Obronna Polski. Zbiór dokumentów. MON, Warszawa 1978, Dokument nr 467, s. 888.
9. Meldunek sytuacyjny dowódcy zgrupowania piechoty „Kobryń” do gen. Fr. Kleeberga, [w:] Wojna obronna Polski… Dok nr 474 s. 895.
10. Ibidem Dok nr 461, s. 880.
11. Komunikat nr 32 OKW o położeniu na froncie w dniu 2 października 1939 roku., [w:] Wojna obronna… Dok. nr 577, s. 1005.

Czytany 5566 razy Ostatnio zmieniany czwartek, 30 październik 2014 00:04