środa, 17 październik 2012 08:21

Artur Kacprzyk: Zwrot USA ku Azji w kontekście wzrostu potęgi wojskowej Chin

Oceń ten artykuł
(1 głos)

chimerykageopolityka   Artur Kacprzyk

W dobie narastających napięć militarnych między USA i Chinami oba państwa starają się wzmocnić dialog na szczeblu wojskowym i politycznym, aby uniknąć wybuchu konfliktu w dynamicznie rozwijającym się regionie Azji i Pacyfiku.

Sekretarz Obrony USA Leon Panetta odwiedził Chiny w połowie września. Celem wizyty było przekonanie władz w Pekinie do tego, że przeniesienie przez Stany Zjednoczone punktu ciężkości polityki zagranicznej i bezpieczeństwa na Azję i Pacyfik nie jest zagrożeniem dla Państwa Środka i jego interesów. Panetta zaznaczył wręcz, że polityka amerykańska ma za zadanie „zwiększenie roli Chin na Pacyfiku”. Powiedział także: „naszym celem jest ustanowienie przez USA i Chiny najważniejszych stosunków dwustronnych na świecie, kluczem do czego są silniejsze relacje wojskowe”. Z potrzebą nawiązania silniejszych stosunków politycznych i wojskowych zgodził się wiceprezydent Chińskiej Republiki Ludowej Xi Jinping, który ma niebawem objąć fotel prezydenta.

Współpraca na szczeblu militarnym ma być lekarstwem na coraz silniejsze animozje chińsko-amerykańskie związane z rosnącą potęgą wojskową Chin oraz planowanym zwiększeniem obecności wojskowej USA na Dalekim Wschodzie.

Z Bliskiego Wschodu na Azję i Pacyfik

Głównym obszarem zainteresowania Stanów Zjednoczonych w trakcie ostatniej dekady był Bliski Wschód. Ta część świata, tradycyjnie ważna dla USA ze względu na znajdujące się w niej ogromne złoża ropy naftowej, stała się po 11 września 2001 roku jeszcze bardziej znacząca w związku z „wojną z terroryzmem”. Po wycofaniu się Amerykanów z Iraku w zeszłym roku i zapowiedzi rychłego opuszczenia Afganistanu Waszyngton zaczął patrzeć dalej na wschód.

O zwrocie w stronę Azji i Pacyfiku można formalnie mówić od początku bieżącego roku, kiedy Departament Obrony opublikował podpisany przez prezydenta Obamę dokument Sustaining U.S. Global Leadership: Priorities for 21st Century Defense [1]. Dokument ten uzasadnia konieczność dokonania wspomnianego zwrotu „interesami ekonomicznymi i bezpieczeństwem USA, które są nierozerwalnie związane z rozwojem wydarzeń w obszarze rozciągającym się od Zachodniego Pacyfiku i Azji Wschodniej do Oceanu Indyjskiego i Azji Południowej”. Skąd tak silny nacisk akurat na ten region?

Azjatycki sukces gospodarczy

Na pierwszy plan wysuwają się kwestie gospodarcze. Według opublikowanych przez Światową Organizację Handlu statystyk dotyczących handlu dobrami, państwa obszaru Azji i Pacyfiku wygenerowały w 2010 roku prawie 32% światowego eksportu i 30% światowego importu. Wyższe wyniki osiągnęła jedynie Europa, w przypadku której liczby te wynosiły odpowiednio 38 i 39%. Różnica polega na tym, że na przestrzeni ostatnich lat udział Starego Kontynentu w globalnym obrocie dobrami maleje, zaś udział państw azjatyckich rośnie. Podobny trend występuje w handlu usługami. O ile pogrążona w kryzysie UE jest miejscem odpływu kapitału, o tyle prężnie rozwijające się rynki azjatyckie przyciągają zagranicznych inwestorów.

Z punktu widzenia USA dostęp pochodzących z tego państwa przedsiębiorstw do rynków najludniejszego regionu świata może być lekarstwem na kryzys gospodarczy oraz szansą na zwiększenie krajowego zatrudnienia. Z drugiej strony, około jednej trzeciej wszystkich importowanych przez Stany Zjednoczonych towarów pochodzi właśnie z obszaru Azji i Pacyfiku, a liczne firmy amerykańskie lokują swoją produkcję w państwach azjatyckich.

Aby Waszyngton mógł realizować swoje interesy ekonomiczne w tej części świata, konieczne jest utrzymanie w niej pokoju i stabilności, a także bezpieczeństwa żeglugi, przy pomocy której dokonuje się lwia część transportu dóbr i surowców. A trzeba zaznaczyć, że wyzwań, zagrożeń i punktów zapalnych do potencjalnych konfliktów w regionie nie brakuje.

Regionalne spory

Korea Północna i Południowa od 60 lat znajdują się formalnie w stanie wojny, Kaszmir pozostaje kością niezgody między Indiami i Pakistanem, a Pekin uznaje Tajwan za nic więcej niż zbuntowaną prowincję. Ponadto spory graniczne dzielą dwa najludniejsze państwa świata, tj. Chiny i Indie. Ostatnio możemy obserwować przepychanki między Japonią, Chinami i Tajwanem o bogate w złoża gazu ziemnego Wyspy Senkaku. Kraj Kwitnącej Wiśni domaga się także od Rosji zwrotu Kuryli.

Obszarem silnych napięć jest bogate w surowce naturalne Morze Południowochińskie, po którym przebiegają bardzo ważne szlaki komunikacyjne. Przedmiotem roszczeń państw nadbrzeżnych są Wyspy Paracelskie i Spratly. Te pierwsze położone są kilkadziesiąt kilometrów od wybrzeży Wietnamu oraz Chin i znajdują się obecnie pod kontrolą Pekinu, ale prawa do nich zgłasza także Wietnam i Tajwan. W spór o leżące w południowo-wschodniej części akwenu Wyspy Spratly zaangażowane są Chińska Republika Ludowa (ChRL), Wietnam, Tajwan, Filipiny, Malezja oraz Brunei.

Oprócz samych sporów terytorialnych, niepokojący jest także fakt, że część z biorących w nich udział państw posiada broń jądrową – do tej grupy zaliczają się Chiny, Indie, Pakistan i Korea Północna. W regionie Azji i Pacyfiku postępuje również rozprzestrzenianie się technologii rakietowych, coraz popularniejszy staje się wrogi USA fundamentalizm islamski, zdarzają się także akty piractwa.

Jednak decydującym czynnikiem skłaniającym Pentagon do zwiększania nacisku na Daleki Wschód są Chiny. Pekin jest stroną wielu sporów terytorialnych, w tym z sojusznikami Waszyngtonu. Ponadto, jako rosnąca potęga, ChRL z perspektywy Stanów Zjednoczonych jest zagrożeniem dla ich wpływów w regionie.

Kły chińskiego tygrysa

Chiny intensywnie modernizują swoje siły zbrojne – według danych przedstawionych przez Sztokholmski Międzynarodowy Instytut Badań nad Pokojem, chiński budżet wojskowy wzrósł w latach 1995-2011 o 500%. Co prawda, wydatki na zbrojenia CHRL to „jedynie” jedna piąta budżetu amerykańskiego, a siły Chin są pod wieloma aspektami daleko w tyle za wojskami USA, ale dla Waszyngtonu niepokojący jest zarówno sam trend dynamicznej modernizacji, jak również jej główne kierunki.

Chińska marynarka wojenna przyjęła niedawno do służby swój pierwszy lotniskowiec. Mimo że okręt powstał na bazie starej konstrukcji, jaką jest odkupiony od Ukrainy kadłub planowanego radzieckiego lotniskowca, a Chiny nie posiadają obecnie samolotów zdolnych do operowania z jego pokładu i planują raczej treningowo-badawcze zastosowanie jednostki, to cała sprawa ma znaczenie symboliczne. Budowa lotniskowców oznacza wzmacnianie zdolności Państwa Środka do użycia siły z dala od jego wybrzeży, co wywołuje obawy państw regionu i USA.

W chwili obecnej większym zmartwieniem dla amerykańskich planistów są rodzaje uzbrojenia, którymi Chiny już dysponują. Szczególnie niebezpieczne dla amerykańskiej floty są przeciwokrętowe pociski balistyczne o zasięgu prawie 3000 km. Rakiety te mogą zatopić lub ciężko uszkodzić amerykańskie lotniskowce, co oznaczałoby utrudnienie lub wręcz uniemożliwienie projekcji siły USA na obszary ewentualnych konfliktów, np. w przypadku wojny Pekinu z Tajwanem. Kolejnym wyzwaniem dla marynarki Stanów Zjednoczonych są trudne do wykrycia chińskie okręty podwodne. Pod uwagę trzeba wziąć jeszcze fakt, że Chiny dysponują zaawansowaną bronią przeciwsatelitarną i zastępami hakerów. Co to wszystko oznacza?

W wypadku regionalnego konfliktu z Chinami wojska amerykańskie znajdowałyby się pod ostrzałem dalekosiężnych rakiet, musiałyby stawiać czoła atakom spod wody, a ponadto byłyby pozbawione satelitarnych systemów nawigacyjnych. Co więcej, bardzo możliwe, że Chińczycy mogliby sparaliżować działanie amerykańskich systemów komputerowych, odpowiedzialnych za wiele aspektów prowadzenia wojny – od komunikacji po naprowadzanie pocisków rakietowych.

W ten sposób słabsze militarnie Chiny mogłyby pokonać w lokalnym konflikcie o wiele silniejsze Stany Zjednoczone lub w ogóle odstraszyć Waszyngton od mieszania się w sprawy regionu. Jednak USA nie pozostaje bierne wobec rosnących możliwości chińskiej armii.

Bitwa powietrzno-morska, tarcza i okrążanie Chin

Zgodnie z zapowiedziami sekretarza Panetty, USA zwiększy do 2020 roku liczbę okrętów stacjonujących na obszarze Pacyfiku z 50% do 60% wszystkich jednostek US Navy. Do tej pory amerykańska marynarka wojenna utrzymywała po połowie swoich sił na Atlantyku i Oceanie Spokojnym. Ponadto Waszyngton wysyła do Azji Wschodniej dodatkowe samoloty do walki elektronicznej oraz bezzałogowce. Do amerykańskich baz na Pacyfiku ma też trafić nieokreślona liczba bombowców B-1 i B-52, które obecnie stacjonują na Oceanie Indyjskim.

Wzmocnienie amerykańskich sił powietrznych i morskich wiąże się z opracowaną przez Pentagon koncepcją „Bitwy Powietrzno-Morskiej”. Koncepcja ta zakłada skoordynowany atak na wszelkie instalacje i siły, które miałyby utrudnić wojskom amerykańskim dostęp do rejonu konfliktu. Chociaż oficjalnie „Bitwa Powietrzno-Morska” nie jest adresowana do żadnego konkretnego państwa, to na myśl przychodzą wspomniane pociski przeciwokrętowe i inne zdolności, którymi dysponują Chiny.

Pekin patrzy nieprzychylnie na „Bitwę”, a także na postępującą budowę regionalnej tarczy antyrakietowej pod amerykańską egidą. W przedsięwzięciu tym uczestniczy Japonia, która zgodziła się ostatnio na budowę na swoim terytorium drugiego już amerykańskiego radaru, a także Korea Płd. i Australia. USA planuje rozmieszczenie w regionie dwóch trzecich ze wszystkich posiadanych przez ten kraj okrętów przeciwrakietowych. Azjatycka tarcza jest oficjalnie odpowiedzią na groźbę ataku balistycznego ze strony Korei Płn., jednak Chiny postrzegają system jako zagrożenie dla swoich sił rakietowych, zarówno tych uzbrojonych w ładunki konwencjonalne, jak i nuklearne. Władze chińskie oświadczyły, że tarcza będzie miała negatywne skutki dla równowagi strategicznej w regionie i na świecie.

Kolejnym elementem amerykańskiego zwrotu w stronę Azji i Pacyfiku jest rozproszenie wojsk, które obecnie stacjonują przede wszystkim w Korei Płd. i Japonii – łącznie jest to ok. 50 tys. ludzi. 9 tys. marines ma opuścić Okinawę, z czego ponad połowa trafi na wyspę Guam, a 2,5 tys. ma rozpocząć rotacyjne stacjonowanie na północy Australii. Waszyngton stara się także zacieśniać więzy z innymi państwami regionu. Cztery okręty US Navy mają stacjonować rotacyjnie w Singapurze, który jest położony przy strategicznie ważnej Cieśninie Malakka, łączącej Ocean Indyjski i Pacyfik. Stany Zjednoczone starają się także o uzyskanie dostępu do bazy lotniczej w Tajlandii, do bazy morskiej i powietrznej na Filipinach oraz do wietnamskiego portu w Zatoce Cam Ranh. USA intensyfikuje również współpracę wojskową z Malezją, Indonezją i Brunei. Nieprzypadkowo wiele z wymienionych wyżej państw posiada nierozwiązane spory terytorialne z Chinami. Obawa przed użyciem siły przez coraz potężniejsze Państwo Środka popycha kraje regionu w stronę Waszyngtonu.

Rosnąca współpraca wojskowa USA z państwami leżącymi w sąsiedztwie Chin wywołuje w Pekinie poczucie okrążenia, potęgowane intensyfikacją relacji amerykańsko-indyjskich oraz sprzedażą przez Stany Zjednoczone broni na Tajwan.

Działania Waszyngtonu mają na celu zarówno zrównoważenie chińskiej modernizacji wojskowej, jak i wzmocnienie wiarygodności amerykańskiej potęgi w oczach sojuszników.

Czy musi dojść do wojny?

Ani USA, ani Chiny oficjalnie nie określają się nawzajem mianem wrogów, czy nawet rywali. Jednak obydwie potęgi Pacyfiku dostarczają sobie nawzajem sporą dawkę powodów do nieufności lub wręcz wrogości. Czy w takim wypadku wojna między nimi jest nieunikniona?

Moim zdaniem, w ciągu najbliższych kilkunastu, a nawet kilkudziesięciu lat, do wojny dojść nie musi i raczej nie dojdzie. Przede wszystkim dlatego, że ani Pekin, ani Waszyngton jej nie chcą. Stare rzymskie przysłowie głosi: „Jeśli pragniesz pokoju, to szykuj się do wojny”. To właśnie czynią obydwa państwa, wzmacniając swoje siły wojskowe tak, aby mogły one odstraszyć drugą stronę. Ewentualny konflikt byłby bardzo trudny i dla Stanów Zjednoczonych i dla Chin, a żadne z nich nie mogłoby liczyć na pewną wygraną.

Nie zapominajmy o tym, że mamy do czynienia z państwami nuklearnymi. Oznacza to, że nawet drobne starcie może doprowadzić do eskalacji do poziomu katastrofalnej wymiany jądrowej. Z jednej strony czyni to całą sprawę wyjątkowo niebezpieczną, ale z drugiej wymusza na potencjalnych adwersarzach większą odpowiedzialność. Z racjonalnego punktu widzenia nikt nie odważy się rozpocząć wojny, ryzykując starcie własnego państwa z powierzchni Ziemi, najprawdopodobniej z resztą ludzkiej cywilizacji. Rywalizacja między ZSRR i USA była o wiele silniejsza niż obecnie między USA i Chinami, a ostatecznie nie doszło do otwartej konfrontacji dwóch supermocarstw.

Gospodarka, głupcze

Myśląc o relacjach amerykańsko-chińskich, przychodzi mi do głowy hasło z kampanii prezydenckiej Billa Clintona. Dla Chin priorytetem jest rozwój gospodarczy i właśnie dzięki silnej gospodarce państwo to rozszerza swoje wpływy. Pod względem ekonomicznym Chiny są mocarstwem światowym, ale pod względem militarnym już tylko regionalnym. USA liczy natomiast na utrzymanie posiadanych już wpływów w regionie oraz na wykorzystanie prężnych rynków Azji i Pacyfiku do poprawy własnej sytuacji gospodarczej. Wojna byłaby w takim razie sprzeczna z interesami obu państw.

Teza ta jest jeszcze bardziej wiarygodna, kiedy dokładniej przyjrzymy się współzależności gospodarek chińskiej i amerykańskiej. Jeżeli potraktujemy Unię Europejską jako jeden byt polityczny, to Chiny są trzecim największym partnerem handlowym USA, a pod względem importu są na pierwszym miejscu. Stany Zjednoczone są z kolei drugim największym partnerem handlowym ChRL. Skutki załamania wymiany byłyby dla tych państw opłakane.

Przypadkowy konflikt

Chociaż, racjonalnie rzecz biorąc, Chiny i USA nie powinny dopuścić do zbrojnej konfrontacji, to będą prowadzić samonapędzającą się grę polegającą na dążeniu do zniwelowania przewagi drugiej strony. Zażarta rywalizacja militarna może doprowadzić do przypadkowego wybuchu konfliktu, wynikającego z nieprawidłowej oceny sytuacji lub nieporozumienia. Szczególnie jeśli chodzi o napięte sytuacje kryzysowe, podczas których dowódcy i decydenci mogą kierować się emocjami i opierać swoje decyzje na domysłach i spekulacjach. Stąd zgoda liderów obydwu państw, co do konieczności wzmocnienia relacji wojskowych.

Miałyby one zapewne charakter wymiany oficerów, regularnych rozmów na tematy związane z bezpieczeństwem, a być może także wspólnych manewrów wojskowych. Taka współpraca nie wyeliminowałaby całkowicie wzajemnych uprzedzeń, ale pozwoliłaby na lepsze zrozumienie intencji drugiej strony. Ułatwiłaby przez to chłodne i rozsądne podejmowanie decyzji.

Artykuł pochodzi z portalu mojeopinie_log. Publikacja za zgodą wydawcy.


___________________________________________________
1 Sustaining U.S. Global Leadership: Priorities for 21st Century Defense [w:] http://www.defense.gov/news/Defense_Strategic_Guidance.pdf

Czytany 6460 razy Ostatnio zmieniany czwartek, 30 październik 2014 00:04