wtorek, 13 październik 2015 07:45

Amedeo Maddaluno: Liberalizm czy geopolityka?

Oceń ten artykuł
(8 głosów)

Amedeo Maddaluno

Wierna realizacja liberalizmu, zgodna z wizją stworzoną przez jego teoretyków (Friedricha Hayeka, Miltona Friedmana, Bruna Leoniego i innych), oznaczałaby nieustanne dążenie do niemalże całkowitego zaniku struktur państwowych, by umożliwić nieograniczone oddziaływanie sił rynkowych, a nawet – według najbardziej odważnych teorii – do rozpadu samego państwa jako organizacji posiadającej monopol na stanowienie prawa, które mają zostać zastąpione przez „państwo minimalne” i czysty kontraktualizm w stosunkach między stronami.

Radykalna wizja nigdy dotąd się nie urzeczywistniła, co więcej, nawet jeśli można uznać, że zabiegi podejmowane przez Margaret Thatcher w celu ograniczenia nacisku państwa na gospodarkę, zakończyły się sukcesem, rządy, które czerpały z ideologii liberalnej, nigdy dotąd nie dążyły do rezygnacji z roli państwa jako podstawowego ośrodka władzy, za wyjątkiem rządu rosyjskiego w okresie prezydentury Borysa Jelcyna, który w niczym nie przypominał rządu suwerennego, stabilnego i niezależnego państwa. Nie należy negować istnienia ideologii liberalnej: gdyby nie istniała, nie sposób byłoby znaleźć uzasadnienie dla faktu, że dzisiaj, po kryzysie wynikającym z deregulacji rynków, rynek wciąż wskazuje główny kierunek dla polityki niczym Gwiazda Polarna. Chiny, które zdewaluowały juana, zostały oskarżone o naruszenie świętych praw rynku. Broniąc się, przypominają, że to właśnie dewaluacja jest przejawem poszanowania owych praw. Światowe elity polityczne publicznie wciąż bronią praw rynku, następnie zaprzeczając temu poprzez swoje działania, podobnie jak średniowieczni władcy uznawali się za obrońców wiary chrześcijańskiej, choć nie było to dla nich przeszkodą w prowadzeniu rozpustnego życia.

Co wpływa na kształtowanie się rynku?

Przepisy obowiązujące w danym państwie i deregulacja, o której ono decyduje – jak zauważył wielki ekonomista Karl Polanyi [1]. Dlaczego państwo zezwala na deregulację danego sektora gospodarczego? By poprawić funkcjonowanie własnego rynku oraz systemu państwowego i przyciągnąć w ten sposób większy kapitał, a więc dla dobra samego narodu. Dlaczego jedno państwo wymusza na innych państwach otwarcie rynku – jak czyniły niegdyś władze kolonialne, a obecnie czynią dzisiejsze państwa imperialne, począwszy od Wielkiej Brytanii, poprzez USA, na zdominowanej przez Niemcy UE skończywszy?

Niewątpliwie przyczynia się do tego w pewnym stopniu wiara w ideologię liberalną, jednakże patrząc realistycznie, nie można twierdzić, że dążenie do globalizacji poprzez środki takie jak Światowa Organizacja Handlu (WTO), Dyrektywa w sprawie rynków instrumentów finansowych (MiFID) – a w przyszłości najprawdopodobniej także poprzez Transatlantyckie Partnerstwo w dziedzinie Handlu i Inwestycji (TTIP) – odbywa się wyłącznie w imię owej ideologii. W rzeczywistości mamy do czynienia z silnymi państwami, które narzucają swoją politykę słabszym krajom, doprowadzając w ten sposób do otwarcia ich rynków na bardziej konkurencyjne systemy państwowe, w których funkcjonują lepiej prosperujące przedsiębiorstwa. Pojawienie się wpływowych podmiotów niepaństwowych nie przekreśliło, ani nie ograniczyło roli, jaką pełni państwo, lecz, przeciwnie, dało mu nowe możliwości. Można sobie pozwolić na długą dyskusję na ten temat, wychodząc od kilku przykładów: Ronald Reagan, zagorzały obrońca polityki leseferyzmu, m.in. obniżenia podatków dla najbogatszych, był jednocześnie zwolennikiem gigantycznych wydatków publicznych w dziedzinie obronności i stosował praktyce założenia „keynesizmu wojskowego”. Za współczesny przykład może posłużyć Turcja Recepa Tayyipa Erdoğana – kraj, który celowo doprowadził do deregulacji gospodarczej, by ograniczyć wpływy wojskowych oraz prawa pracowników, odwołując się do społecznego paktu z religijną – czy raczej fanatyczną – burżuazją, nastawioną na pomnażanie zysków, co jednak nie było rzeczywistym celem ograniczenia nacisku politycznego i wojskowego państwa, a ostatecznie również jego wpływu na gospodarkę [2].

Można wymienić przynajmniej kilka środków militarnych, których rynek dostarcza państwu: wojna gospodarcza i walutowa, polegające na atakach spekulacyjnych na giełdy i waluty innych krajów, przeprowadzanych przy udziale funduszy inwestycyjnych [3] oraz spółek fasadowych powiązanych z tajnymi służbami, a także wielkich finansistów, pełniących funkcję „długiego ramienia” rządów niektórych państw – co od razu nasuwa skojarzenia z osobami takimi, jak George Soros, którego postać pojawia się w niezliczonych kontekstach; nowa wojna cybernetyczna, prowadzona z wykorzystaniem narzędzi informatycznych produkowanych przez podwykonawców (legalnie działających na rynku, jak np. Hacking Team), oraz zlecanie zadań związanych z prowadzeniem wojny i kwestiami bezpieczeństwa najemnikom i prywatnym przedsiębiorstwom, by ograniczyć koszty finansowe i moralne oraz utratę poparcia opinii publicznej [4].

Tworzenie międzynarodowego systemu handlowego, nad którym pracuje WTO, oraz stref wolnego handlu, takich jak NAFTA, strefa wolnego handlu Unii Europejskiej, czy też strefa mająca powstać w oparciu o TTIP – bazujące na wolnym rynku towarowym i finansowym, deregulacji oraz prywatyzacji dóbr państwowych – zachodzi zatem na podstawie decyzji silnych państw, które chcą pozyskać nową przestrzeń dla własnych gospodarek krajowych. Obok aktywności geoekonomicznej i strategicznej Stanów Zjednoczonych w krajach sojuszniczych, mamy również do czynienia z podobną aktywnością rosyjską i chińską w krajach rozwijających się oraz niemiecką na Starym Kontynencie. To, co zwykło się nazywać „liberalizmem” czy też „neoliberalizmem” (choć przedrostek „neo” zdaje się być zbędny, ponieważ założenia ideologii liberalnej nie zmieniły się od XIX wieku), stanowi w rzeczywistości współczesną, odświeżoną wersję merkantylizmu, którą można określić mianem „neomerkantylizmu”. Czytelnikowi, któremu nie są obce dzieła klasyków marksizmu, zapewne przyjdą na myśl spostrzeżenia Włodzimierza Lenina z pracy „Imperializm jako najwyższe stadium kapitalizmu”: kapitalizm (lub inne siły, niekoniecznie kapitalistyczne, lecz operujące na wysoce konkurencyjnym rynku globalnym oraz rynkach regionalnych, jak dzisiejsze Chiny i Rosja) ostatecznie musi przyjąć pewną formę imperializmu, by zapewnić gospodarce i przemysłowi możliwość pozyskania nowych rynków zbytu. Przypuszczenia W. Lenina są nadzwyczaj aktualne i trafne. Mamy do czynienia z klasycznym imperializmem militarnym (jak w przypadku działań USA w Iraku), który jednak coraz częściej wykorzystuje właśnie narzędzia ekonomiczne: narzucanie innym krajom europejskim przez Niemcy polityki gospodarczej, która ma służyć niemieckim interesom, wojna spekulacyjna i handlowa przeciwko dzisiejszej Rosji, a w przeszłości stosowanie wobec niej liberalnej terapii wstrząsowej, agresywne przejmowanie zagranicznych przedsiębiorstw. Można zatem stwierdzić, że to państwo tworzy rynek na swój obraz i podobieństwo, by czerpać z niego korzyści.

Powyższe obserwacje stanowią jedynie punkt wyjścia do dalszych rozważań: tematy takie jak chociażby „powrót państwa” po dwóch dekadach (lata 1980’ i 1990’), podczas których wieszczono jego upadek, czy „wojna gospodarcza” – zasługują na odrębne miejsce w encyklopedii. Jest to próba wywołania dalszej dyskusji w oparciu o przypuszczenie, że budzący zaniepokojenie neoliberalizm, przeciwko któremu protestuje wiele osób, zwłaszcza związanych z lewicą (lewicą, która najpewniej nie czyta już W. Lenina), jest właściwie bardziej podstępną, szczególnie szkodliwą dla włoskiego interesu narodowego, formą neomerkantylizmu i prowadzonej przez różne państwa geopolityki, które – nie ma co do tego najmniejszej wątpliwości – kryją się za „zbawienną” ideologią wolnorynkową.

Należy zadać sobie podstawowe pytanie: jak to możliwe, że niektóre kraje godzą się na otwarcie swoich rynków, ryzykując tym samym, że staną się obiektem neokolonialnych podbojów?

Odpowiedź nasuwa się sama: mowa tutaj o mało wpływowych państwach, będących nie podmiotami, lecz przedmiotami cudzych decyzji, którymi rządzą nieudolne lub skorumpowane elity. Państwa afrykańskie są zmuszone ulec siłom neokolonializmu, który wielkie mocarstwa realizują w sposób bezpośredni lub pośredni – wykorzystując przedsiębiorstwa międzynarodowe. Kraje, które nie chcą się przystosować, stają się celem „kolorowych rewolucji”, ataków spekulacyjnych, prawdziwych bomb. Słabość krajów europejskich o ułomnych strukturach państwowych – wynikająca z powszechnego i całkowitego skorumpowania klas politycznych oraz niewydolności budżetowej – sprawia, że znajdują się one na straconej pozycji wobec Niemiec. Słabość Unii Europejskiej jako bytu politycznego pociąga za sobą ryzyko, że będzie ona musiała podporządkować się amerykańskim roszczeniom i postanowieniom układu TTIP, który odbierze rynkom europejskim wszelkie środki do obrony przed większymi, lepiej prosperującymi przedsiębiorstwami amerykańskimi o ogromnym kapitale, w starciu z którymi europejskie firmy nie będą miały szans (należy zwrócić uwagę na znacznie ograniczoną jawność negocjacji, która wskazuje na istnienie poważnego ryzyka) [5].

Źródło: http://www.eurasia-rivista.org/liberismo-o-geopolitica/22344/
Fot. www.worldwidetransfer.in

Przekład: Martyna Pałys


________________________________________________
1. K. Polanyi, „The Great Transformation. The Political and Economic Origins of Our Times” (1944).
2. „O wiele mniejsze możliwości mają natomiast miliony robotników, którzy już od dziesięciu lat pracują na ogromnym placu budowy, w jaki przekształciła się Turcja w swoim dążeniu do postępu gospodarczego. Zgodnie z oficjalnymi statystykami, które obejmują tylko część wypadków, podczas prac budowlanych między 2008 a 2012 r., życie straciło 1754 robotników, a 940 kolejnych uległo kalectwu. Mowa tutaj o ogromnej liczbie osób, która siedmiokrotnie przewyższa średnią europejską i jest dowodem na to, że kwestia bezpieczeństwa pracy w Turcji jest nadal poważnym problemem. Niemniej jednak rząd, zamiast nakłonić firmy budowlane do przestrzegania standardów bezpieczeństwa, stosując odpowiedni nadzór, woli mówić o zmarłych jak o „męczennikach”, wykorzystując przy tym przychylność imamów, którzy pozwalają sobie na krytykowanie przepisów bezpieczeństwa pracy, ponieważ „usiłuje się w nich przyrównywać człowieka do Allaha, który jako jedyny może decydować o życiu i śmierci”. (http://espresso.repubblica.it/plus/articoli/2015/04/02/news/la-nuova-turchia-di-erdogan-ipermaschilista-e-con-il-corano-in-mano-1.206947)
3. „Wówczas rząd [Stanów Zjednoczonych] stworzył In-Q-Tel, fundusz inwestycyjny, którego zadaniem jest finansowanie przedsiębiorstw produkujących sprzęt dla CIA i innych służb wywiadowczych. Aktualnie In-Q-Tel kontroluje firmy takie jak FireEye czy Palantir Technologies, których głównym klientem jest właśnie CIA.” W książce „Itelligence Economica. Saggi di strategia preventiva” (2013) Nicolas Moinet pisze o In-Q-Tel, nazywając ją „spółką kapitału podwyższonego ryzyka finansowaną przez CIA”. (http://www.ilsole24ore.com/art/notizie/2013-07-05/cia-silicon-valley-173944.shtml?uuid=AbTkFfBI)
4. Bibliografia dotycząca zagadnienia wojny gospodarczej oraz pasywnej roli, jaką odgrywają w niej państwa, by chronić własne przedsiębiorstwa, jest obszerna. Wśród najlepszych pozycji w języku włoskim należy wymienić: G. Gagliano, „La geoeconomia nel pensiero strategico francese contemporaneo” (2015); Idem, „La nascita dell’intelligence economica francese” (2013); C. Jean i P. Savona, „Intelligence economica. Il ciclo dell’informazione nell’era della globalizzazione” (2011); A. Giannuli, „Come funzionano i servizi segreti” (2013). Doskonałą analizę na temat wojny w epoce modernizmu i postmodernizmu oraz roli państwa stanowi natomiast „La Guerra oggi e domani” A. Beccary (2010). Artykuł dotyczący kwestii prowadzenia wojny przez pośredników: http://www.eurasia-rivista.org/guerra-senza-guerra-sicurezza-disimpegno-e-delega/20768/ .
5. Nie wykraczając poza rozważania dotyczące kwestii finansowych, należy tutaj zwrócić uwagę na istniejące różnice w zakresie w kapitalizacji rynków europejskich i amerykańskich, różnice w zakresie kapitalizacji największych międzynarodowych spółek europejskich i amerykańskich, większą łatwość pozyskiwania środków finansowych na rynku amerykańskim względem rynku europejskiego. Są to rezultaty oddziaływania m.in. trzech następujących czynników: dolar jest walutą międzynarodową dla sektora surowców, dzięki czemu rynek amerykański może być zalany dolarami, nie odczuwając przy tym skutków inflacji; petrodolary powracają na rynek amerykański, dzięki związkom USA z krajami arabskimi; co więcej, jest to rynek, który oferuje wyższe zyski oraz większe gwarancje stabilności i rozwoju niż kruche rynki europejskie, które padły ofiarą niskiego poziomu inwestycji – co znacznie ogranicza „siłę rażenia” europejskich przedsiębiorstw.

Czytany 5425 razy Ostatnio zmieniany wtorek, 13 październik 2015 08:03