| Wojsko Polskie w ogniu wojny informacyjnej (cz. I) |
|
|
|
| środa, 02 września 2009 16:40 | |||||
Strona 1 z 3
Śmierć kapitana Daniela Ambrozińskiego w Afganistanie wywołała prawdziwą burzę wokół Ministerstwa Obrony Narodowej oraz samego szefa resortu Bogdana Klicha. Dowódca Wojsk Lądowych generał Waldemar Skrzypczak w prostych, żołnierskich słowach, pośrednio zarzucił politykom i urzędnikom z MON winę za śmierć polskiego oficera. Śmierć, której można było uniknąć, gdyby tylko polscy żołnierze byli w odpowiedni sposób wyposażeni i uzbrojeni. Gen. Skrzypczak nad trumną poległego oficera powiedział: „Nie urzędnicy wojskowi, biurokracja ma nam mówić, czym walczyć. To my wiemy, czym mamy walczyć, i chcemy, żeby nas słuchano. Zabrano nam kompetencje, zostawiając odpowiedzialność". Dla bezpieczeństwa swoich żołnierzy generał zaryzykował wiele, być może całą swoją karierę postawił na jednej szali, bowiem jego słowa, to publiczne oskarżenie skierowane pod adresem cywilnego kierownictwa MON oraz polityków. Ci ostatni, jak powszechnie wiadomo nie wybaczają takich rzeczy. Swego czasu przekonali się o tym generał Tadeusz Wilecki, pułkownik Ryszard Chwastek, czy były dowódca 6. Brygady Desantowo- Szturmowej z Krakowa generał Jerzy Wójcik, gdy stanął w obronie żołnierzy z Nangar Khel. Znam osobiście gen. Skrzypczaka i wiem, że to nie jest typ samobójcy-kamikadze. Jest żołnierzem, a nie politykiem i wie co to jest hierarchia oraz cywilna kontrola nad armią. Jednakże stojąc nad trumną podkomendnego, gdzieś w środku, coś w tym znakomitym dowódcy pękło i na głos powiedział to, co przygniatająca większość kadry oficerskiej i żołnierzy myśli o sytuacji w MON, wszechobecnej tam biurokracji i o firmujących ten stan rzeczy politykach (nie tylko obecnej koalicji rządzącej). Jego słowa, to głos rozpaczy dowódców, którzy nie mogli i nadal nie mogą przebić się ze swoimi potrzebami do polityków i urzędników. Gen. Skrzypczak oddał się do dyspozycji Prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego. Medialna zawierucha, jaka rozpętała się wokół śmierci kpt. Ambrozińskiego i słów gen. Skrzypczaka odsłoniła tylko wierzchołek góry lodowej - stopniowego, systematycznego demontażu obronności Polski i całego sektora zbrojeniowego w naszym kraju. Bez właściwego wyposażenia na Talibów Gen. Skrzypczak poszedł na całość i 17 sierpnia br. w „Dzienniku" ukazał się przeprowadzony z nim wywiad zatytułowany „Czara goryczy się przelała, armia jest zmęczona histerią strachu i braku zaufania". Dowódca Wojsk Lądowych powiedział m.in.: „(...)My prosimy o broń, ale wszystko tonie w procedurach biurokratycznych. Decydują urzędnicy wojskowi, którzy front widzieli w filmie „9 kompania". My jesteśmy stawiani pod pręgierzem przez przełożonych, którzy słuchają doradców mających mgliste pojęcie o szkoleniu i tkwią w schematach z lat 70. i 80. (...) Dziwne jest, że kupuje się sanitarki, których w jednostkach mamy pod dostatkiem. Idzie pełną parą rozdmuchiwany program zakupów mostów dla wojsk lądowych. Tymczasem śmigłowców, które są nam potrzebne nie ma. A wystarczy, żeby uwzględniono to, cośmy pisali jako Dowództwo Wojsk Lądowych. Dwa lata temu dokonaliśmy głębokiej analizy tego, co nas spotka w latach 2009-11. Stwierdziliśmy, że zabraknie nam śmigłowców na front i do szkolenia. Alarmowaliśmy, że trzeba nam kupić śmigłowce Mi-24, Mi-17 lub Mi-171. Generalnie wszyscy się z tym zgodzili, ale potem sprawa umarła śmiercią naturalną. Tymczasem już dziś piloci czekają w kolejkach, żeby móc uczyć się latać. Prawdziwy problem zrodzi się w drugiej połowie 2012 roku. Nie będzie na czym latać. (...) Występowaliśmy o uzbrojenie śmigłowców w karabin automatyczny Dillon M13RD, który w ciągu sekundy wystrzeliwuje 50 pocisków, to prawdziwy siewca śmierci. Ale ktoś napisał opinię, że na burcie śmigłowca nie można zamocować takiego karabinu maszynowego, bo nie da się zbudować podstawy, która go utrzyma. Kiedy to powiedziałem swoim pilotom, obśmiali się jak norki. Takie podstawy do mocowania można przygotować w dwa tygodnie. Dodam, że chodzi o dozbrojenie śmigłowców Mi-17, czyli tych, które w zeszły poniedziałek poleciały z odsieczą dla oddziału kapitana Ambrozińskiego. (...)Ważne jest posiadanie taktycznych bezpilotowych samolotów rozpoznawczych. My mamy bezzałogowe orbitery. Są dobre, ale mają mały, kilkukilometrowy zasięg. Nie mamy tych bezzałogowców taktycznych o zasięgu 150 km. Zabiegamy o nie ponad dwa lata. Zabiegamy bez powodzenia". W tym samym dniu w wywiadzie udzielonym stacji TVN 24, gen. Skrzypczak powiedział m.in.: „Kto ma mówić? Ja mówię głosem moich żołnierzy, ja nie zabiegam o elektorat, ja nie startuję w wyborach. My wiemy czym mamy walczyć, nie urzędnik. Ja zazdroszczę Niemcom, Amerykanom, Kanadyjczykom - oni to, o co poproszą, mają w kilka miesięcy. Polscy żołnierze w Afganistanie powinni mieć dwie eskadry śmigłowców Mi-24 i dwie eskadry Mi-17, czyli w sumie 16 maszyn". Premier Tusk jedno, a szef MON drugie... W święto Wojska Polskiego premier Donald Tusk odwiedził polskich żołnierzy w Afganistanie. Premier przyznał, że polskiemu kontyngentowi potrzeba więcej sprzętu. Szkopuł w tym, że nie wspomniał, iż to jego decyzją MON stracił w czasie wiosennych cięć budżetowych najwięcej pieniędzy ze wszystkich resortów. Teraz, po śmierci oficera premier dostrzegł potrzeby polskiego wojska. Zapowiedział zmianę procedur, które mają ułatwić natychmiastowy zakup odpowiedniego sprzętu m.in. śmigłowców. Gdy premier mówił o konieczności nowych zakupów dla afgańskiego kontyngentu, w tym samym czasie minister Klich przekonywał, że wojska w tej misji mamy wystarczająco dużo i podkreślał, że nasi żołnierze są dobrze wyposażeni i tego wyposażenia „zazdroszczą nam inne kontyngenty". |















